Pozostałe

Doskonale pamiętam swoje dzieciństwo. W mojej pomięci został zapach matki i ojca. Pamiętam ciepło matki, gdy się do niej tuliłem, gdy mnie karmiła. Zapamiętałem też rodzeństwo. Nasze wspólne zabawy, przekomarzanie się. Ale to pamiętam trochę jak przez mgłę. Miałem wtedy sześć tygodni. Mój pan był dobry, dbał o mnie, chciał abym wyrósł na dobrego i mądrego psa. Chciał, abym był zaprzeczeniem opinii krążącej nad moja rasą. . Byłem pięknym, zdrowym samcem, wspaniałym domownikiem, idealnym reproduktorem. Tak o mnie mówili. Kochałem miejsce swoich narodzin, rodzinę, pana. Był to najpiękniejszy okres mojego życia. Nazwali mnie Rascal Forrest Hill.

Niestety nic nie trwa wiecznie. Skąd to wiem? Z własnego doświadczenia, niestety. Pewnego dnia przyszedł do nas jakiś mężczyzna. Pierwszy raz widziałem tu kogoś obcego. Bałem się, nie wiedziałem co mam zrobić. Wtuliłem się w mamę. Polizała mnie, dodając jednocześnie otuchy. Człowiek podszedł do mnie, dokładnie obejrzał i powiedział „Ten jest idealny!”. Byłem największy, najstarszy, najsilniejszy z całej naszej piątki. Nie było wyboru. Musiałem z nim jechać.

Gdy odjeżdżaliśmy, wołałem mamę i rodzeństwo. Krzyczałem, ze nie chce jechać, że chce z nimi zostać. Widziałem smutek na twarzy matki. Wiedziałem jak bardzo mnie kocha, ale moim przeznaczeniem było opuszczenie rodziny. Wiedziałem o tym, a jednak nie chciałem się z nim pogodzić. Chciałem zostać. Wtulić się w ciepłe ciało matki, pobaraszkować z ojcem. Zagubiony i smutny, zwinięty w kłębek, zasnąłem na fotelu.

Kiedy się obudziłem, nie było już domu, ani dziwnego pojazdu, jak się później dowiedziałem samochodu, w którym jechałem. Byłem w nowym, obcym miejscu. Oszołomiły mnie te wszystkie zapachy. Aż usiadłem z wrażenia. Wyciągnąłem do góry łepek i zacząłem wąchać, zapamiętywać zapachy na przyszłość.

Nagle stanąłem jak wryty. Co to był za dźwięk? Krzyk? Szczekanie? Nie byłem pewien. Dźwięk się powtórzył. Natarczywy, lekko spanikowany. Udałem się w jego kierunku. Postawiłem uszy, słuchałem uważnie. Dotarłem do średniej klatki. Drzwi były uchylone. Znalazłem w niej trzy szczeniaczki ten samej rasy co ja. Opadłem na przednie łapy i zamachałem ogonem dając tym samym znać, że jestem przyjacielem. Powoli wyszli ze swojej „kryjówki”. Byli mniej więcej w tym samym wieku co ja, ale jednak młodsi o tydzień. 2 suczki i jeden pies. Wiedziałem, że nie będziemy musieli walczyć o dominacje. Było widać na pierwszy rzut oka, że tamten się poddaje.

Wieczorem poznaliśmy naszego pana. Miły, młody człowiek. Miał fioła na punkcie naszej rasy, dlatego kupił cztery psy z czterech różnych hodowli. Miał chyba nadzieję, że kiedyś będzie dziadkiem! Wyprowadził nas następnego dnia na spacer. Biegaliśmy sobie po dużym ogrodzie, a on po kolei nas wyłapywał i nadawał imiona. Przepiękną suczkę nazwał Suzzie. Spokojny, jak na nasza rasę samiec dostał imię Gareth. Ja, wariacki rozbójnik nazwałem się Ramzes. Ostatnia suczka, odważna, ale nieśmiała, co tworzyło niezła kombinacje otrzymała imię Cleo.

Życie płynęło nam spokojnie, mógłbym powiedzieć, że wariacko. Biegaliśmy w ogrodzie. Pan nas uczył różnych sztuczek i komend. Utrwalał nam w głowach nasze imiona. Poznawaliśmy siebie nawzajem, odkrywaliśmy swoje charaktery. Gareth z natury cichy i nieśmiały w końcu się przełamał. Był nieco złośliwy, ale nadrabiał do uczuciem jakim obdarzał człowieka. Sue było strasznie zaborcza, jeżeli czegoś chciała – musiała to dostać. Najczęściej chodziło jej o pieszczoty. Ja byłem istnym wariatem. Wszędzie było mnie „pełno”. Ramzes jest tu, w następnej chwili tam. Cleo była najdziwniejsza z nas. Nieufna, nieśmiała. Wydawało się, ze boi się świata. Pan pracował z nią dłużej nią z nami, obdarzał ją większym zainteresowaniem, spędzał z nią więcej czasu. Nie byliśmy zazdrośni, wiedzieliśmy, ze jeżeli Cleo się nie przełamie, to będzie taka już do końca życia. Na szczęście naszemu panu się udało. Pewnego dnia Cleo pierwszy raz wybiegła na dwór zamiast niepewnie wyjść. Odkryliśmy jej prawdziwa naturę!

Niestety znowu w moje życie wkroczyło zdanie „Nic nie trwa wiecznie”. Pan ciężko się rozchorował. Złapał jakąś groźna chorobę, która uszkodziła mu nerwy i przykuła do wózka. Nie był już w stanie opiekować się cala czwórką, a nie miał bliskiej rodziny, która by mu pomogła. Zapadła ciężka decyzja. Mieliśmy zostać sprzedani.

W domu zapanował smutny nastrój. Pan co prawda powinien leżeć w szpitalu, ale wypuścili go na kilka dni, aby mógł się nami zająć. Merdaliśmy ogonami, żeby go rozweselić, ale nasze oczy pozostawały smutne. Nie chciałem znów porzucać domu. Spędziłam tu dwa cudowne lata. Ale znowu wkracza przeznaczenie. Co jeszcze dla mnie szykuje? Śmierć? Ja chce tylko zaznać prawdziwego szczęścia. Czy to aż tak wiele?

W dniu rozstania panował niemalże żałobny nastrój. Żegnaliśmy się ze sobą. Wiedzieliśmy, że możemy się już nigdy więcej nie spotkać. Podszedłem do Suzzie i przejechałem ozorem po jej pysku. Ona położyła głową na moim karku. Złączyliśmy się we wspólnej żałobie. Cleo położyła się u moich łap, Gareth stanął obok mnie. Mojemu panu na ten widok łza spłynęła po policzku. Rozległ się dzwonek do drzwi. Weszła jakaś pani, okazało się, ze to siostra naszego pana. Wzięła ze sobą Cleo, ale została, by pomóc bratu. Cleo się poszczęściło, a co z nami? Gareth dostał się w ręce zapalonego fanatyka amstaffów, szukającego pary dla swojej suczki. o Suzzie przyszedł jakiś pan z miejscowej hodowli. Poczekał, gdyż Sue żegnała się czule ze swoim panem, by po chwili zniknąć  mi na zawsze z oczu. Wskoczyłem panu na kolana i położyłem głowę na jego karku mówiąc „Do widzenia. Nigdy o Tobie nie zapomnę”.

Kupił mnie facet z kwadratową szczęką. W oczach pana zauważyłem nieograniczony ból i smutek. Widziałem już ten smutek. W oczach matki, gdy ją opuszczałem. Wiedziałem, że kocha mnie jak syna. A Cleo jak córkę, gdyż na nią też tak patrzył. Siedząc w samochodzie oparłem łapy na szybie, wystawiłem ozór i przybrałem najbardziej wariacką minę, na jaka było mnie stać. „Wszystko będzie dobrze”, wołałem „Uśmiechnij się!”. Chyba mnie zrozumiał, bo się uśmiechnął…

Ciąg dalszy nastąpi…

© Załoga Chartykasa