Pozostałe

w poprzedniej części…

Mój nowy pan nie był wcale taki dobry. Gdy chciałem go polizać – odpychał mnie z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Najwyraźniej nie za bardzo lubił psy. Nie wychodził ze mną na spacery, był zbyt leniwy, więc wypuszczał mnie tylko przed dom. Facet nie rozumiał moich potrzeb, chyba w ogóle nie wiedział nic o psach. Myślał chyba, że sam sobie ze wszystkich poradzę. Ciekawe po co on mnie w ogóle kupił.

Odpowiedź na to pytanie otrzymałem dwa tygodnie później. W gruncie rzeczy nie chciałem uzyskać odpowiedzi na to pytanie, ale cóż…co si stało, to się nie odstanie.

Pan, o ile mogę go tak nazwać, już od rana był dla mnie bardzo nieprzyjemny. Drażnił mnie kijem, chcąc sprawdzić, czy jestem agresywny, lecz ja myślałem, że to po prostu jakaś zabawa. Ochoczo łapałem kij, ale za każdym razem, gdy moje szczęki zacisnęły się na tym nieszczęsnym patyku, jego wielka łapa waliła mnie po głowie. Nie wiedziałem, czy to pochwała, czy kara, nikt mi tego nie powiedział, a ja nie byłem pewien.

Trwało to jakiś czas, zauważyłem, że ten facet jest po prostu wredny. Krzyczał i bił mnie za byle co, tarmosił, co było nawet przyjemne, gdyby nie ten dziwny błysk w jego oczach. Znosiłem to wszystko ze spokojem, chociaż w środku wszystko się we mnie gotowało, byłem przyjaźnie nastawiony do ludzi. Na jego zachowanie reagowałem warczeniem, bo co miałem zrobić. Zacząłem go nienawidzić, poczułem co znaczy to uczucie. Zawsze na jego widok, moje serce wypełniała czarna jak noc nienawiść, chciałem mu coś zrobić, ale moja wrodzona łagodność mnie przed tym powstrzymywała. Ja na niego warczałem, on na mnie wrzeszczał, to było coś jak symbioza.

Pewnego jesiennego ranka facet z kwadratową szczęką zamknął mnie w niewielkiej metalowej klatce, którą później wrzucił do samochodu. Zawiózł mnie do starej stodoły ukrytej głęboko w lesie. Byłem bardzo ciekawy co to za miejsce, ale jednocześnie nie chciałem tego wiedzieć. Było słychać mnóstwo dźwięków – psy szczekały i skamlały na przemian, ludzie krzyczeli. Słyszałem też jak chyba kij uderzał o metalowe pręty. Człowiek zaniósł mnie, dalej byłem w klatce, do tej wielkiej stodoły i wsadził do drugiej klatki, w której siedziała już lekko wystraszone pit bullka. Po wyrazie jej pyska zorientowałem się, ze tez jest tu po raz pierwszy. Nie chciałem już o nic pytać, sam byłem dość zdenerwowany. Mój pan zaczął mnie znowu drażnić kijem, co było nie zwykle irytujące. Znów ogarnęła mnie ta niepohamowana nienawiść, więc z wściekłością zacząłem łapać za kij. Chciałem go ugryźć albo wrzasnąć, aby tylko zabrał w końcu ten przeklęty kij. Czemu on nic zrozumiał? Czy ludzie są aż tak głupim gatunkiem?

Nasza „zabawę” przerwał jakiś krzyk. Okazało się, że to organizator wołał faceta z kwadratowa szczęką, chyba nadeszła jego, a raczej moja, kolej. Pan założył mi kaganiec i zaczął ciągnąć w kierunku drugiego, oświetlonego pomieszczenia. Stoczyliśmy mały pojedynek – on mnie ciągnął, a ja ze wszystkich sił usiłowałem albo go ugryźć, choć przeszkadzał mi kaganiec, albo zwiać na wolność. Niestety nie udało mi się zrobić żadnej z tych rzeczy.

Szarpałem się tak mocno, że zacząłem charczeć i kaszleć. Człowiek nie zauważył, że mnie po prostu dusił! Zacząłem się zastanawiać, czy nie jestem przeklęty. Przez dwa lata życia miałem wszystko, czego tylko pragnąłem. Byłem szczęśliwy, darzyłem ludzi miłością i otrzymywałem w zamian to samo. Byłem grzecznym psem, wiedziałem gdzie jest moje miejsce, co mogę robić, a czego nie. Ale nie! Musiało się wszystko zepsuć, musiałem trafić w ręce jakiegoś psychola. Odczuwałem strach przed jego możliwościami i złość na ten przeklęty los.

Moje rozmyślania przerwało warczenie drugiego psa. Walnąłem o ziemie, mój pan najwyraźniej wrzucił mnie na ten ring. Był otoczony wysoka ścianą, abyśmy nie mogli rzucić się na publiczność. Kiedy spojrzałem na mojego przeciwnika, stanąłem jak wryty. Przede mną stał rottweiler tresowany specjalnie do walk. W jego oczach widziałem rządzę mordu. Wiedziałem, że to nie jego wina. To ludzie uczynili z niego maszynę do zabijania.

Rozległo się uderzenie gongu, to był chyba sygnał do walki. Moje przeczucie okazało się nieomylne, bo rottweiler rzucił się prosto na mnie. Instynktownie odskoczyłem w bok, więc pies walnął o ziemie. Wiedziałem, że to walka na śmierć i życie, czułem to. Nigdy nie walczyłem, nie potrafiłem, nie chciałem czynić krzywdy innym psom. Ale teraz…nie miałem wyjścia, byłem wściekły na ludzi za to, co uczynili z tego psa, za to co chcieli zrobić ze mną. Ogarnęła mnie powalająca wściekłość. Rzuciłem się na psa, nie poznając samego siebie. Nie miałam już nic do stracenia. Nic.

Na widowni rozległy się wrzaski aprobaty, to ludzie ryczeli z uciechy, bo wiedzieli, że to będzie walka stulecia. Na arenie dało się słyszeć chrzęst dartych mięśni i warkot walczących psów. Kły rottweilera przybiły mój bok rozdzierając mięśnie i ocierając się o kości. W odwecie odwróciłem się i złapałem go za tylna łapę. Usłyszałem trzask łamanej kości, ale trzymałem dalej. Rottweiler wył z bólu, usiłując jednocześnie złapać mnie za gardło. Rzucił się na mnie, wyrywając łapę z mojego pyska i przygwożdżając mnie do ziemi oraz drapać mnie pazurami po bokach. Zebrałem wszystkie siły i zrzuciłem go z siebie. Z głuchym odgłosem upadł na plecy. Skoczyłem na niego i z całej siły złapałem za gardło. Rottweiler nie zdążył mi już oddać, oczy zaszły mu bielmem, umarł. Usiadłem na ziemi i zawyłem, żegnając go i przepraszając. Rany potwornie mi dokuczały. Osunąłem się nie przytomny na ziemię.

Ocknąłem się w jakimś dziwnym miejscu, wszędzie było biało, ściany były pokryte plakatami z budową psa i innymi „psimi” sprawami. Byłem już kiedyś w takim miejscu na szczepieniach, to gabinet weterynarza.

Okazało się, że policja wpadła na trop szajki organizującej walki psów. Znaleźli mnie nieprzytomnego na ziemi i zabrali ze sobą. Chcieli się dowiedzieć, jak bardzo zepsuły mnie walki, czy da nadaje się do adopcji. Podszedł do mnie weterynarz i delikatnie pogłaskał po głowie. Wyciągnąłem głowę i polizałem go po ręce i pomachałem ogonem, uśmiechnął się. Zadałem test, nadawałem się do adopcji.

Miesiąc później byłem już gotowy, aby trafić do nowego domu. Ale tak się nie stało. Weterynarz odkrył w moim uchu tatuaż, który prawdopodobnie został wykonany u hodowcy. Zadzwonił do niego. Kiedy mój pierwszy pan dowiedział się co się mi przytrafiło, od razu po mnie przyjechał. Na jego widok zacząłem skakać z radości. Jeszcze nigdy nie czułem się tak szczęśliwy. Zabrał mnie do hodowli. Mojego prawdziwego domu.

Ku mojemu zaskoczeniu i jeszcze większej radości spotkałem tam Cleo! Szaleliśmy we dwoje z radości. Kilka miesięcy później zrozumiałem co to znaczy żegnać własne dzieci. Dodawałem im razem z Cleo otuchy i modliłem się, aby miały lepsze życie niż ich tata.

Byłem w domu. Nareszcie zrozumiałem, co to znaczy być szczęśliwym.

© Załoga Chartykasa