Pozostałe

John i Natasha poszukiwali żywiołowego psa, pełnego życia i chęci do zabaw. Jak dotąd zwiedzili kilkanaście schronisk, ale nie znaleźli odpowiadającego ich opisowi psa. Nie chcieli psa z hodowli, ponieważ według nich kupowanie psa za kilka tysięcy było po prostu pozbawione sensu.

Pewnego dnia, podczas zwiedzania kolejnego schroniska Natasha zatrzymała się i zawołała: „John, może ten?”. Miała na myśli dwumiesięcznego żółtego Labradora. Tym samym małżeństwo zakończyło swoja podróż, a labrador Jason znalazł nowy dom.

Już po kilku tygodniach John i Natasha przekonali się, ze Jason nie jest taki milutki, na jakiego wyglądał. Próbowali nauczyć go podstawowych komend, jak siad, czy leżeć, ale do nie docierało. Wyglądało na to, że Jason należy do tego typu labradorów, których nie sposób nauczyć czegokolwiek.

Maluch rósł jak na drożdżach. Po pewnym czasie ludzie przestali na jego widok mówić: „Jaki słodki maluszek!”, ale zaczęli cofać się z wyrazem oczu mówiącym: „Co to za bestia?”. Małżonkowie byli zadowoleni z takiego obrotu spraw. Wiedzieli, ze nikt nie będzie miał ochoty na nich napaść, kiedy zobaczy, że trzymają na smyczy „groźnego” Labradora.

Podczas wizyty u weterynarza (okresowe szczepienia) dowiedzieli się więcej więcej o Jasonie. Psiak miał teraz siedem miesięcy. Był wzorowym przedstawicielem swojej rasy. Należał do labradorów typu amerykańskiego, z szeroką klatką piersiową, podobną do baryłki, tak bardzo różniącego się od swoich angielskich kuzynów. Pod skórą nie było ani grama tłuszczu. Same mięśnie. Można było śmiało powiedzieć, że Jason, to „prawdziwy mężczyzna”.

Labrador był oczkiem w głowie swojej pani, gdy tylko mógł okazywał jej swoją miłość, licząc po dłoni, czy policzku. Dla Johna był idealnym partnerem porannych przebierek, czy jazdy na rowerze. Pomimo tego, iż Jason nie potrafił, lub nie chciał nauczyć się komend, był idealnym psem-towarzyszem. Gdy było trzeba, potrafił stanąć w obronie swojej rodziny. Gdy wymagał tego sytuacja, stawał się spokojny, opanowany, dało się wyczuć napięcie w jego mięśniach.

Na nieszczęście Jasona, bycie labradorem kończyło się niekiedy tragicznie. W wieku zaledwie dwóch lat Jasona dopadła niemiła przypadłość, charakterystyczna dla ras z takimi klatkami piersiowymi – skręt żołądka.

Jason już od rana czuł się źle. Skamlał, piszczał. John zaniepokojony poszedł z nim do weterynarza. Długa badał, piszczącego z bólu i strachu, Jasona. Gdy natrafił na twardy, powiększony brzuch od razu domyślił się, co się stało. Podzielił się złymi nowinami z właścicielem. Na widok pytającej miny właściciela, opowiedział o tej chorobie. Wyjścia były dwa. Albo natychmiast zoperują Jasona, przytwierdzając na stałe ściany żołądka, albo go uśpią, oszczędzając mu cierpień. John od razu wybrał operacje. Pocałował czule psa w czoło i skierował się do poczekalni. Czekał go długi dzień.

Po półgodzinie przyszła Natasha. Z jej miny można było wyczytać smutek, strach, niepewność. Usiadła koło Johna i oparła głowę na jego ramieniu. Oboje czekali w niepewności.

Po niecałych dwudziestu minutach wyszedł lekarz. Jego twarz była jak maska, nie dało się z niej niż wyczytać. Oczy także pozostały nieprzeniknione. Pierwsze pytanie zadała Natasha.

– Co z nim?- Zawołała od razu.

– Niestety mam dla państwa złe wieści. Jason nie przeżył operacji – Lekarz dopiero teraz na nich spojrzał – Robiliśmy, co w naszej mocy, ale najwyraźniej los chciał inaczej.

– Nie przeżył? – Powtórzył jak echo John – Jak to możliwe? Jeszcze wczoraj był okazem zdrowia.

– Nam też się tak wydawało – odpowiedział lekarz – ale kiedy go operowaliśmy, odkryliśmy coś dużo gorszego niż skręt żołądka…

– Co to było? – Przerwał mu zdołowały John

 Rak nerek. Nie mam pojęcia skąd on się u niego wziął, ale prawdopodobnie…

– To go zabiło? – Dopowiedziała Natasha

– Tak, takie są nasze przypuszczenia. Praktycznie jesteśmy tego pewni.

John i Natasha posłali sobie smutne spojrzenia. Nie byli przygotowani na taki cios. Jason był ich pierwszym psem. Nie wiedzieli jak sobie teraz poradzą.

– Możemy…możemy go zabrać? – Zapytał z trudem John. Gardło miał ściśnięte ze smutku.

– Oczywiście. Pomóc państwu?

– Tak…Bylibyśmy bardzo wdzięczni.

Po pogrzebie zahaczył ich weterynarz.

– To był państwa pierwszy pies, prawda? – Jego ton pozbawiony był jakichkolwiek emocji. Małżeństwo zgodnie pokiwało głowami.

– Jaki był? – To pytanie zaskoczyło i Johna i Natashę, ale opowiedzieli lekarzowi wszystko, co udało im się zapamiętać:

– Był szalony – zaczęła Natasha – Zachowywał się jak wariat. Latał za własnym ogonem, w te i z powrotem po ogrodzie. Pomimo, iż chodziliśmy z nim na tresurę, nie był do końca posłuszny – Głos się jej załamał, więc John przejął pałeczkę – Kochaliśmy go takim, jakim był – mówił – niewiele od niego wyczekiwaliśmy. Chcieliśmy, aby był szczęśliwy. Gdy patrzyłem w jego oczy – czysto niebieskie – widziałem, że Jason chce dorównać tym warunkom. – Jemu także głos się załamał. Myślenie o ukochanym psie wciąż go raniło. Potrzebował czasu. Mnóstwa czasu.

Weterynarz przez chwilę zastanawiał się nad słowami wypowiedzianymi przez małżonków, po czym rzekł:

– A czy próbowali państwo kiedyś spojrzeć na świat jego oczami? Oczami labradora? – Oboje pokiwali przecząco głową podnosząc jednocześnie brwi do góry, więc kontynuował – Prawie każdy labrador, to szaleniec, ale jednak są kochane i kochają. Życie traktują jak zabawę. Dobra zabawę. Widzą tylko swoich właścicieli, jedzenie i zabawę. Gdy połączy się to wszystko w jedno, w oczach labradora można zauważyć ogromną radość. I nie tylko w jego oczach, ale w spojrzeniu każdego psa. Wiem, co mówię, bo sam często patrzę w oczy Kaji, mojej labradorki. Więc, gdy będą państwo myśleli nad zakupem kolejnego psa, proszę wspomnieć moje słowa.

Dwa miesiące później do domu Johna i Natasha zawitał uroczy półroczny czarny labrador. Na pamiątkę Jasona nadali mu imię Jay. Tak, aby oba psy miały imię na tę samą literkę…

© Załoga Chartykasa