Tasheena

Na jawie świat jest dla wszystkich jeden i ten sam;
ale we śnie każdy ucieka do własnego świata.
– Heraklit z Efezu

Gdy zamknę oczy, po raz kolejny widzę to samo. Po raz kolejny przed moimi oczami rozgrywa się ta sama scena. Czuję bezsilność. Wiem, że nie mogę nic zrobić, ale jednocześnie czuję, że wtedy mogłam zrobić coś więcej. I nie wiem, co jest gorsze. Wiedza, czy świadomość wiedzy. Gubię się, nie wiem, w którą stronę mam iść.

Jej świat się rozpadł. Opadła bez sił i nie mogła się podnieść. Nie mogła i nawet nie chciała. Nie chciała walczyć, nie chciała czuć, nie chciała myśleć. Nie chciała żyć. Z gardła wydobyło się stłumione skamlenie, najbardziej żałosny dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszał. Bał się. Bał się, jak nigdy dotąd, bo wiedział, że jest bardzo cienka granica pomiędzy tym, co będzie, a tym co jest. Była na granicy, a on nie potrafił przeciągnąć jej na swoją stronę. Wymykała mu się…

Zamknął oczy, uniósł pysk ku niebu i zawył. Długo, przeciągle, wyrzucając z siebie całą złość, żal i smutek. Dla niej.

Po chwili się dołączyła, ale jej wycie było inne. Silne, ale przepełnione smutkiem. Ściskało za serce. Przerwała w połowie i zwiesiła głowę. Łzy kapały na jej łapy, na
ziemie.

– Sholo… – wyszeptała zdławionym głosem, po czym całkiem opadła z sił. Osunęła się bezwładnie na ziemie, zapadając w pozbawiony koszmarów sen.

© Załoga Chartykasa