Ellie Goulding – Burn.mp3
 Tasheena 

To nie tak, że boję się umrzeć. Po prostu nie chciałbym być w pobliżu, gdy to się stanie.

– Woodie Allie

 

   „Nie wierzę. Po prostu w to nie wierzę! On sobie ze mnie kpi, czy jak? Wdech, wydech, uspokój się, wariatko. Wiecie jak mam przejść inicjację? Łapiąc młodego WILKOŁAKA. Tylko… ech… to jest po prostu nierealne. Nie wiem, co się dzieje z moim ojcem… traktuje mnie jakbym była jego miniaturką…

   Wściekła Tasheena biegła przed siebie, myśląc intensywnie o dzisiejszym wieczorze. Księżyc jasno świecił nad jej głową, choć dziś nie grał roli przyjaciela. Adeenah dał jej czas do świtu, czyli, na wilcze oko, jakieś siedem lub osiem godzin.

   Analizowała wszystkie miejsca, w których mogły przebywać młode wilkołaki. Miała szczęście, że mogą się rozmnażać przez cały rok… Myślała o miejscach w najbliższej okolicy; wykluczyła Wodospad Nadziei – Wilkołaki raczej nie są zwolennikami słowa „nadzieja”. Duchowa przełęcz była miejscem świętym i tylko trzy klany znały do niego wejście. Mirra Namiętności, będąca ulubionym miejscem zakochanych wilczyc, też nie wchodziła w grę.

   Gwałtownie się zatrzymała, ślizgając się na trawie. Zostało tylko JEDNO miejsce– Mroczna Puszcza, w której kryły się największe zwierzęce szumowiny –wilkołaki, trolle, krasnale podziemne, ogry, elfy górskie, całkiem odmienne od swych leśnych kuzynów, i inne tak straszne, że na samą myśl serca przyspieszały rytm nawet u najtwardszych wilków. Tam na pewno się skryły. Był tylko jeden maleńki problem – Mroczna Puszcza była ogromną dżunglą, w jej skład wchodziło Jezioro Calaharri, Polana Strachu, Mgliste Góry i sama Puszcza. Tasheena wiedziała, że nazwy nie są zbyt straszne, ale znała historię. Na skutek wojny, która trwała kilkanaście miesięcy, zginęła niemalże połowa ludności jej krainy. Wiele klanów nie podniosło się do tej pory, choć ta wojna odbyła się ponad pół wieku temu.

   Była to wojna między Mroczną Puszczą, a wilkami z Krainy Czterech Żywiołów.

   Wszystkie wilki z tej krainy odczuwały lęk przed puszczą, a teraz wysyłały jednego ze swych pobratymców na śmierć, tak przynajmniej rozmyślała zielonooka wilczyca.

****


   – Myślisz, że jej się uda? – Głos małego Sholo wyrwał Escalante z zamyślenia. Był zmartwiony, a pogłębiała to jeszcze silna więź z Tasheeną i zwyczajna niewiedza. Po prostu się bał. – Martwię się o nią.

   – Wiem, synku – Escalante odwróciła się i trąciła go czule pyskiem. – Na pewno zda swój życiowy test, znasz ją przecież – jak raz sobie coś wbije do głowy, to zrobi to, choćby nawet za cenę własnego życia.

   – Tego właśnie się obawiam – mruknął, po czym, głośniej już dodał: – Czy mnie też to czeka?

   Matka spojrzała w księżyc, jakby to w nim szukała odpowiedzi. Przez dłuższą chwilę się nie odzywała, rozmyślając o tradycyjnej inicjacji Krainy Czterech Żywiołów. Co dziesiąty, może nawet co ósmy wilk nie zdawał – pozostając samotnym lub ginąć w paszczy nieznanego mu zwierzęcia.

   – Każdy wilk przez to przechodzi.

   Sholo pojął aluzję, usiadł koło matki i teraz już oboje szukali odpowiedzi w tarczy księżyca.

****

   Ta sama tarcza księżyca towarzyszyła Tasheenie, gdy skręcała w stronę mrocznej puszczy. Ten sam blask oświetlał jej drogę między gęsto rozsadzonymi drzewami.

   Gdy ostrożnie weszła do lasu, usłyszała tylko martwą ciszę, przerażającą jeszcze bardziej niż sam las. Jej uszy zawsze wypełniał odgłos warczenia brata, matczyny głos, czy zwyczajne wycie wiatru. Teraz, gdy wydawało się, że jest sama, do jej uszu wdzierała się ta cholerna cisza, tak, jakby Puszcza była wymarła.

   A jednak…

**** 

   Jednak jakieś stworzenie tu żyło i nie należało do typu tych, które chcielibyście zobaczyć. Poruszało się bezszelestnie na długich, szponiastych palcach. Jego oczy były wrażliwe, na choćby najmniejszą wiązkę światła, dlatego żyło w ciemnościach, unikając nawet odbicia blasku księżyca w tafli jeziora. Atramentowo – czarne źrenice były zimne, pozbawione nawet najmniejszej iskierki dobra, czy radości.Zwierze to nigdy nie radowało się rzeczami przyziemnymi jak narodziny szczenięcia, czy pierwsze oznaki wiosny. Nie. Jego serce podrygiwało z radości na widok twarzy wykrzywionej bólem, strużki krwi płynącej z rany, zadanej najlepiej jego pazurami, zwykłej złości, przeradzającej się z wolna w bezmyślną nienawiść. Było złe do samego szpiku kości i, co najgorsze, było z tego dumne.

   Obserwowało Tasheenę odkąd ta przekroczyła granicę puszczy. Śledziło każdą zmianę jej postawy, każdy, nawet najdrobniejszy ruch. O pożywienie zawsze było tu trudno. Trudno też było zaspokoić rządzę krwi, która kierowała ruchami bestii. Wilczyca, niezdając sobie z tego sprawy, znalazła się w poważnych tarapatach.

****

   Tasheena miała dziwne przeczucie, że ktoś ją śledzi, dlatego wybierała w miarę oświetlone ścieżki, nie wiedząc dokąd zmierza i czy w ogóle przeżyje tę wyprawę. Strach kazał jej uciekać, zawracać póki jeszcze wie, gdzie jest, lecz serce wciąż pchało ją naprzód. W głowie miała mętlik, sama już nie była pewna, czy wie co robi.

   Strach i niepewność wilczycy tylko wzmagały rządzę krwi bestii. Tasheena musiała tylko dojść na otwartą przestrzeń. „A wtedy”, pomyślała bestia, rozpocznie się rzeź”.

   Nagle wilczyca usłyszała trzask łamanej gałęzi, odwróciła się jak na zawołanie. Źrenice gwałtownie się rozszerzyły, oczy miała szeroko otwarte, podkuliła ogon. Jej oczy napotkały wzrok wypełniony głęboką nienawiścią, czuła się jakby ktoś siłą wbijał ją w ziemię. W ciemnościach błysnęły śnieżnobiałe kły. Zwierze cofnęło uszy i coraz bardziej marszczyło pysk, ukazując więcej fragmentów białych kłów.

   Powoli wynurzało cielsko – pokaleczony łeb z długim pyskiem, krótkie przednie i bardzo długie tylne łapy i paskudne, pozbawione sierści żółte cielsko. Z początku szło wolno, powoli przyspieszając kroku. Tasheena także zaczęła się cofać.

   Oboje wiedzieli, że rozpoczęło się polowanie.

© Załoga Chartykasa