Tasheena

 

Najbardziej przerażającym dźwiękiem na świecie jest bicie własnego serca. Nikt nie lubi o tym  mówić, ale to prawda. Jest to dzika bestia, która w samym środku głębokiego strachu dobija się olbrzymią pięścią do jakichś wewnętrznych drzwi, aby ją wypuścić.
– Jonathan Carrol – Upiorna dłoń – Śmierć Cię kocha

   Stępione zmysły. Okropny ból. I strach. Czy może być jeszcze gorzej? Chyba tak… Obca woń obcego wilka. Nie wiem, czy jest wrogiem, czy może sprzymierzeńcem. Mam mętlik w głowie, pierwszy raz w życiu czuję tak paraliżujący strach. Co się dzieje…?

   Tasheena nie wiedziała jak długo już tu leży. Dzień, miesiąc, a może zaledwie kilka godzin? Nie widziała różnicy między  dniem, a nocą. Bała się, ale jednocześnie rządziła nią dziwna ciekawość. Chciała się obudzić i wstać. Nie mogła…

   Biały Wilk cały czas przy niej czuwał. Nie jadł i tylko od czasu do czasu odchodził, by napić się wody z pobliskiego jeziora. Wylizywał jej rany i czasem delikatnie trącał pyskiem, by sprawdzić jej reakcję. Martwił się o nią.

****

   Mniej więcej w tym samym czasie w rodzinnej dolinie Carpe Octe, mały Sholo zamartwiał się o swoją starsza siostrę. Nie widział sie z nią od ponad tygodnia. Wciąż chodził w tę i z powrotem i mruczał coś pod nosem, doprowadzając tym samym do obłędu resztę rodziny. W nocy mało spał – budził się gwałtownie, a gdy w końcu udało mu się zasnąć nawiedzały go bolesne koszmary.
Zastanawiał się czy jej się udało. Zdała egzamin? Przeżyła? A może…

   – Nie! – Krzyknął gwałtownie szeptem! – Nie mogę tracić nadziei! Ona… nie… mogła… po prostu… umrzeć! – Miał ochotę wyć. Zerwać się z miejsca i biec, by ją odnaleźć. Pomóc, tak jak ona zawsze pomagał jemu. Ale nie mógł. Matka trzymała go na uwięzi, nie pozwalając mu zejść ze skały.

   Teraz siedział i patrzył na miejsce, z którego Tasheena obserwowała księżyc. Wstał i powoli do niego podszedł jakby bał się, że kogoś spłoszy. Podniósł głowę i węszył – wciąż wyczuwał słaby zapach siostry lub to tylko figle pamięci, próbującej mu dokuczyć. Dotknął łapką miejsca, w którym siedziała i mógłby przysiąc, że pulsowało ono jakimś nieznanym, aczkolwiek kojącym ciepłem. Położył się na nim, wtulił nos między łapy i cichutko zaskomlał. Zdecydowanie wolał teraz być razem z Tasheeną. Gdziekolwiek była.

****

   Tasheena także chciała poczuć ciepło znajomego ciała. Mogłaby nawet spotkać się z ojcem, choć ostatnio łączyły ich niezbyt przyjazne stosunki. Brakowało jej kojącego głosu matki i szorstkiego, należącego do ojca. Najbardziej brakowało jej małego Sholo. Na myśl o małym wilczku uśmiechnęła się delikatnie.

   Uśmiech ten nie uszedł uwadze Białego Wilka. Zastanawiał się co go wywołało. Miał nadzieję, że była szczęśliwa w tym chwilowym świecie, po brzegi wypełnionym bólem.

   Wilczyca po części myślała o rodzinie, a po części o nieznanym zapachu wilka. Był… inny niż te, które dotychczas znała. Wilk pachniał… Górami? Zdziwiła się wilczyca. Ale jakim cudem znalazł się w środku Mrocznej Puszczy, znajdującej się po drugiej stronie gór? Po co przebył taki szmat drogi?

   Nie pozostawała wcale dłużna. Biały Wilk zastanawiał się dlaczego Tasheena wdała się w walkę z kotołakiem i czy w ogóle wiedziała, że to kotołak…
Oboje chcieli poznać swoje imiona.

****

  Sholo zdawał sobie sprawę z tego, że to co robi jest lekkomyślne i szalone, ale miał dość. Nie mógł już dłużej czekać. Nie chciał spędzić kolejnej, wypełnionej koszmarami, na wpół bezsennej nocy. Ciągłe patrzenie na księżyc przyspieszało bicie jego serca i przypominało, że Tasheena jeszcze nie wróciła. W dodatku był wściekły jak nigdy dotąd.

****

   Młody wilczek otworzył oczy, ale oślepiło go jasne słoneczne światło. Świt? Mruknął zaspany. Nie zauważył kiedy zmęczony i smutny zasnął nad rozmyśleniami o Tasheenie.
Przeciągnął się, gdy usłyszał głos matki. Ziewnął szeroko i ruszył w jej stronie. Właśnie wróciła z polowania, sierść na jej pysku nosiła ślady walki z królikiem, sądząc po smaku mięsa, które mu dała.
– Mam dla Ciebie zadanie. – Zaczęła w czasie gdy jadł
– Chyba nie durną inicjację? – Mruknął, łykając mięso.
– Nie. – Escalante pokręciła głową. – Poszukasz ciała Tasheeny.
– CO?! – Sholo omal nie zadławił się mięsem – Ciała? Chyba nie wierzysz w to, że ona ie żyje? Powiedz, że to nie prawda! – Zerwał się na nogi, porzucając smaczny posiłek. Słowa matki raniły go boleśnie – Pomyśl, co by pomyślała Tasheena!
– Przejrzyj na oczy – jęknęła wilczyca. – Nie ma jej już dwa tygodnie. Myślisz, że to normalne? Że gdyby nic jej nie było, to zwlekałaby z powrotem?
– Tak! – Krzyknął Sholo. – Ja też bym zwlekał, wiedząc, że wracam do rodziców, którzy wcale we mnie nie wierzą – warknął rozzłoszczony prosto w jej pysk. – To jest chore, słyszysz? CHORE!
Po czym odwrócił się i pognał przed siebie, prowadzony głosem serca i chęcią znalezienia siostry. Słowa matki obróciły do przeciwko niej. Czy tak zachowuje się prawdziwa matka? Zadał sobie pytanie w biegu. Czy prawdziwa matka przestaje wierzyć w dzieci, gdy nie wracają na czas? Nie sądzę.
Sholo był młodym i niedoświadczonym wilkiem. Życie jak dotąd nie dawało mu w kość, ale też za bardzo nie rozpieszczało. Ale nie był głupi. Tasheena nauczyła go, aby być samodzielnym i liczyć głównie na siebie, bo inni zawsze mogą nas zdradzić i obrócić się plecami w potrzebie. Nigdy do końca nie rozumiał po co mu to mówiła, lecz teraz w końcu do niego dotarło, choć nie był pewny, czy ta część lekcji podobała się komukolwiek…
Pamiętał też, że zawsze w bezsenne noce podczas pełni, gdy Tasheena przebywała poza jaskinią pilnując księżyca, on budził się i przychodził do niej. Zaspany marudził, że powinna być w jaskini.  przy nim, że wie, iż nie lubi spać sam. Ona zawsze ze śmiechem odsyłała go z powrotem. Za każdym razem szeptała mi do ucha: Jeśli zamkniesz oczy, nigdy nie będziesz za daleko ode mnie.
Więc zamknął oczy.
I dał się prowadzić sercu.

© Załoga Chartykasa