Tasheena

Człowiek powinien być zimny lub gorący, nigdy letni, obojętny na wszystko.

   „Nareszcie razem! Nareszcie!”   To byłapierwsza noc z wielu, którą cała trójka przespała normalnie. Żadnych koszmarów, żadnych nawoływać, żadnych łez.
– No dobra – rzekł Sholo wstając i ziewając. – Ty znasz całą naszą historię, a my nie wiemy o tobie nic. Okey – dodał widząc znaczące spojrzenie Tasheeny – wiemy tylko tyle, że uratowałeś mi siostrę. – Usiadł za nim, patrząc sceptycznie przed siebie.
– Nie siedź za mną, wolę mieć cię na oku – warknął na młodego wilka.
– Wyluzuj – mruknął rozzłoszczony, ale posłusznie wstał i wrócił do Tasheeny, łypiąc spode łba na wilka.
– Sholo! – Rozbawiona Tasheena trąciła brata pyskiem. – Nie bądź dla pana niemiły.
Biały Wilk po raz pierwszy się uśmiechnął.
– Zaraz pan – prychnął rozbawiony. – Nie…
– A jak mamy się do ciebie odzywać? – żachnął się Sholo. – Ała, Tash! – krzyknął, gdy siostra złapała go za kark. Wyrwał się, po czym wstał i usiadł w oddaleniu od obojga.
– Dziwni jesteście – odezwał się nagle Biały Wilk, po czym wstał i odszedł kawałek.
– Nie odchodź! – krzyknęła Tash, próbując się podnieść. Niestety ta próba zakończyła się tylko syknięciem z bólu i wilczyca opadła z powrotem na ziemię. Ale jedno podziałało – wilk stanął w miejscu i położył się na ziemię, pyskiem w ich stronę.
– Naprawdę chcecie wiedzieć? – Mówiąc to patrzył tylko na Tasheenę.
– Jeszcze się pytasz? – roześmiała się wyżej wymieniona.

****

   Wydawałoby się, że Escalante jest naprawdę złą matką, ale nie można jej o nic obwiniać – jej najstarszy syn jest słaby i schorowany, męża nigdy nie było w jaskini, córka to buntowniczka, a najmłodszy… był chyba najbardziej niezwykły z całej ich piątki.

   Stara wilczyca już dawno straciła nadzieję na wszystko, co dobre – wolała już przyjąć najgorszą prawdę niż dopuścić choć cień nadziei.
Gdy Sholo odbiegł w siną dal, Escalante trochę podupadła na duchu. Przewidywała taką reakcję, ale mimo to jakaś jej cząstka była zaskoczona zachowaniem syna.
– Dlaczego? – Powtarzała co noc, wpatrując się w znikający księżyc. Nie dawała sobie z tym wszystkim rady, lecz była zbyt uparta, aby otworzyć pysk i zacząć mówić.

****

   – Urodziłem się daleko stąd, w małej jaskini położonej głęboko w lesie, niedaleko Zdradzieckich Mokradeł. Razem ze mną na świat przyszedł mój brat, starszy o kilka chwil.
Ojca nie poznałem nigdy, gdy odpowiednio podrośliśmy, matka powiedziała nam, że ojciec zginął podczas walki z innym wilkiem, ale jakoś nie potrafiłem jej uwierzyć. . Dorastaliśmy w ciszy i spokoju, nie było żadnych stworów, ani drapieżników prócz kilku zaprzyjaźnionych klanów, w tym naszego.
Pamiętam, że gdy miałem zaledwie kilka lat, zaatakował nas wrogi klan zza lasu. Wraz z Hex’em spaliśmy, ale obudziły nas odgłosy walki. Gdy wyszliśmy z jaskini było już po wszystkim – przywódca klanu nie żył, a reszta uciekła w popłochu. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem leżącą matkę, więc podbiegłem do niej.
– Mamusiu, uratowałaś nas! – Byłem bardzo młody i niezwykle głupi, nie widziałem co się dookoła mnie dzieje.
– Cześć, mały – szepnęła zmęczona, miała wiele ran ciętych i szarpanych, siły opuszczały ją dość szybko. – Obiecaj mi coś, dobrze, skarbie?
– Cokolwiek – odparłem z ochotą, choć nie miałem pojęcia co się dzieje.
– Bądź szczęśliwy, dorośnij, przeżyj, przedłuż klan i co najważniejsze – bądź dobry. – Tych słów nie zapomnę chyba nigdy, co noc huczały mi w głowie, jakby matka wciąż leżała koło mnie. – Ciebie też się to tyczy Hex. Kocham… – Zapewne chciała powiedzieć Kocham Was, ale nie dała rady. Wydała z siebie ostatnie tchnienie, po czym już nigdy jej nie usłyszałem.
– Mamusiu… Mamusiu obudź się! – wołałem. Ale na próżno. Nie docierało do mnie, że umarła, nie chciałem przyjąć tego do wiadomości. – Mamo… – jęknąłem jeszcze cichutko, po czym zawyłem ku niebu. Wiatr zaniósł moją żałobną pieśń hen daleko za mokradła.
– Mazgaj. – Usłyszałem za sobą warknięcie Hex’a. – No i czego ryczysz? – Szydził ze mnie. – Umarła i tyle.
– Jak możesz? To także i twoja matka! – krzyknąłem z dziecięcym uporem. Nie mogłem uwierzyć w jego zachowanie.
– A czymże jest matka? – zapytał przeciągając sylaby. Dorastał szybciej ode mnie. Zdecydowanie zbyt szybko. – Potrzebna jest dopóty, dopóki nie będziemy żywić się mięsem. Później staje się kompletnie nieprzydatną górą mięsa…
– Przestań! – wrzasnąłem na niego. – W tej chwili przestań! – Ale on tylko siedział i oblizywał miniaturowe kły. W pewnym momencie kłapnął szeroko paszczą, skoczył do przodu i wbił zęby w jeszcze ciepły brzuch matki. Rozerwał do, po czym napił się krwi i wyjadł wnętrzności.
Wrzasnąłem i odskoczyłem daleko w tył.
– Kim… Kim ty u licha jesteś? – wyjąkałem przerażony. Na Kweo, mieliśmy wtedy po siedem lat, a on zachowywał się jak… potwór. Jego oczy przypominały oczy smoka – wielkie z wąską, kocią źrenicą.
– Chcesz wiedzieć kim jestem? – wysyczał wysuwając wężowy język o krwistoczerwonej barwie. – Naprawdę, czy tylko udajesz twardego? Nie poznajesz swojego własnego brata?
– Nie jesteś moim bratem! – ryknąłem na niego, choć na chwilą uwalniając się od paraliżującego strachu. Zalała mnie za to fala wściekłości. – Mój brat jest wilkiem, a nie bestią!
Hex w odpowiedzi tylko zasyczał gniewnie. W pewnym momencie rzucił się na mnie, zapewne po to, by i moje wnętrzności zjeść. Mięśnie miałem tak napięte, że już niemal odruchowo odskoczyłem do tyłu. Nie chciałem dłużej ryzykować, więc schowałem godność i honor, po czym najzwyczajniej w świecie zwiałem…

****

   – To straszne! – wykrzyknęła Tasheena, przerywając mu opowieść.
– Mówisz? – spytał Biały Wilk, patrząc na nią sceptycznie.
Sholo chyba zmienił co do niego zdanie, bo patrzył przyjaźniej, ale i z lękiem – to raczej nie była historia do poduszki. Znów leżał koło Tasheeny.
– To dopiero początek historii – powiedział patrząc na ziemię.
– Początek? – Zaskoczyło to Tasheenę, opowiadał już kilka godzin. Biały Wilk tylko głęboko westchnął i wrócił do przerwanej historii.

****

   – Wędrowałem później przez wiele dni. – Podjął po chwili opowieść. – Bez jedzenia, bez picia, zupełnie sam. – Patrzył bez wyrazu przed siebie, ale Tasheena mogłaby przysiąc, że zamglone spojrzenie wilka skierowane było na nią. Na chwilę przerwał, jakby zastanawiał się nad ciągiem dalszym historii.
– Z biegiem czasu stawałem się coraz starszy, większy i silniejszy – kontynuował po chwili – uświadomiłem sobie, że od chwili, gdy opuściłem rodzinne strony jestem zdany tylko na siebie. A także, że już nie mam rodziny. Z każdym dniem moja nienawiść do Hex’a była coraz większa. Chciałem go… zabić – wywarczał zły. – Odpłacić mu za to, co mi zrobił. Dlatego postanowiłem wrócić do wioski. Moja matka była główną wilczycą naszego klanu. Nie wiem czemu, ale nigdy nie pomyślałem co się stanie z klanem po jej śmierci.
Odnalezienie właściwej drogi zajęło mi kilka dni. Nie miałem pojęcia gdzie jestem, ale w końcu trafiłem na stary górski szlak, którym niegdyś chadzałem wraz z matką. Mgliście pamiętałem, że nasza jaskinia znajdowała się niedaleko tego szlaku. Przepełniony nadzieją, że w końcu zamieszkam w jednym miejscu i radością na powrót do domu pobiegłem, a raczej pogbałem przed siebie.
Jakież było moje zdziwienie – stwierdził gorzko – strach i obrzydzenie, gdy zamiast zielonej polany ujrzałem szkielet mojej biednej matki otoczony na wpół zgniłymi ciałami wilków i małych zwierzątek.
Wrzasnąłem. Nie chciałem tego, ale widom był jak z jakiegoś koszmaru. Gwałtownie ruszyłem do przodu, przedzierając się przez szczątki. Dotarłem do szkieletu matki i zacząłem  wściekle kopać.
Nie wiem jak długo kopałem, ale byłem cały uwalony ziemią, a łapy otarłem sobie do krwi, ale udało mi się wykopać dość głęboki dół. Wyskoczyłem z niego i wepchnąłem tam szkielet matki. Nawet nie zauważyłem, że zakopywaniu dołu towarzyszył mi deszcz, ziemia mieszała się z wodą i moją krwią.
Usiadłem zdruzgotany na zakopanym dole, podniosłem łeb ku niebu i zaprezentowałem mu Pieśń Bólu. Słyszałem w swoim głosie szereg gam złości, żalu i bólu.
Straciłem nad sobą panowanie i pognałem przed siebie w poszukiwaniu Hex’a, by odpłacić mu się za wszystko, co mi zrobił. Mi i Matce. Nie musiałem długo szukać – chyba słyszał lub być może nawet na mnie czekał, gdyż siedział kilkaset metrów dalej.
– Ty zdrajco! – wrzasnąłem, rzucając się na niego, ale tylko walnąłem o ziemie, bo grań odskoczył do tyłu.
– Widzicie? – zawołał. – Mówiłem wam, że mój brat jest niebezpieczny! On oszalał!
Nagle zza pobliskich skał i drzew wyszły wilki z naszego klanu, nie wiedziałem nawet, że tak bardzo się rozrósł! Na około mnie stało około trzydzieści wilków. Najstarszy z nich wyszedł i stanął koło Hex’a.
– Serpentio – orzekł głębokim, donośnym głosem – nie należysz już do naszego klanu. Opuść go i udaj się na drugą stronę Mglistych Gór.
Nie mogłem w to uwierzyć. Spojrzałem na Hex’a, w blasku błyskawicy, na moment, znów ujrzałem w nim te bestię z dziecinnych lat.
To przeważyło szalę. Odwróciłem się i pobiegłem w nieznane.
Trzy miesiące później spotkałem ciebie…

****

   Gdy Biały Wilk skończył swoją opowieść, ani Tasheena, ani Sholo nie mieli pojęcia co mogą powiedzieć. Sholo wstał, by napić się wody, jego siostra wpatrywała się tępo przed siebie.
Do tej chwili była pewna, że to ona wiedzie marny żywot. Ale jej życie w porównaniu z życiem wilka było… rajem.
– Biały, możesz pomóc? – Do uszu wilka dobiegł głos Sholo. Niechętnie wstał i pomógł wilczkowi przenieść liść wypełniony wodą i postawić go przed Tasheeną. Tutejsze liście były inne – duże, grube, gładkie i wygięte na kształt złożonych rąk. Idealnie nadawały się jako naczynie na wodę.
– Teraz już chyba rozumiesz dlaczego powiedziałem, że nadzieja matką głupich – odezwał się po powrocie na miejsce, wyrywając Tasheenę z otępienia.
– Ale nie wszystkie wilki są takie jak twój klan – zaoponowała wilczyca. – Nie musisz ślepo wierzyć w to, co zapamiętałeś. Zaufaj.
– Przysiągłem sobie, że już nigdy nikomu nie zaufam. Jaki to ma sens?
– A jaki ma sens posiadanie bliskiej ci osoby, kiedy nie możesz jej zaufać?
Biały Wilk tylko prychnął w odpowiedzi.
– Nie wszystkie wilki są…
– Takie jak twój… brat? – Słowo brat najwyraźniej z trudem przechodziło mu przez gardło. A na widom zdziwionego spojrzenia Tasheena dodał: – Atakują wszystkich z zaskoczenia?
– Ten mały nicpoń… – Trąciła go czule pyskiem.
– Bronił tylko swojej siostry – burknął nicpoń. – Przepraszam, nie miałem pojęcia co się dzieje. Myślałem, że… że chcesz ją zabić.
Biały Wilk spojrzał na niego z oburzeniem, ale nic nie powiedział.

****

   – Każdy ma w sobie odrobinę wiary… – odezwała się niespodziewanie po kilku minutach ciszy.
– A ty znowu zaczynasz? – Sholo trącił siostrę pyskiem
– To ona tak zawsze? – odpowiedział Biały Wilk.

© Załoga Chartykasa