Tasheena

 

„Szeroki świat jest pełen wielkich cierpień i wielkich radości. To pierwsze utrzyma cię na właściwej drodze, a drugie sprawi, że będzie znośna.”
– Robert Anthony Salvatore.

   „Myślałam, że to będzie wielkie przygoda. W końcu takie są podróże, prawda? Pełne tajemnic, przygód… Ale to chyba była tylko kolejna bajka. Wszyscy zwątpiliśmy… Zwątpiliśmy w nasz cel… w słowa Zehna. Mijaliśmy tylko nieznajome doliny, rzeki… Dotarło do nas, że nie jest zabawa…”

   Zbliżała się pełnia, już piąta od dnia inicjacji. Dla Tasheeny księżyc nagle przestał być najlepszym przyjacielem. Nie stał się jednak wrogiem, był… „pomiędzy”. Lubiła na niego patrzeć i zwierzać się, ale w głębi serca czuła niepokój. Wciąż przypominała jej się inicjacja i cały strach, który wtedy czuła.
Takich rzeczy się nie zapomina. Nigdy.
Młody Sholo nienawidził ani księżyca, ani nocy, ani wszystkiego, co się z nią wiązało. Dla niego noc, to bezczynność, a on nie znosił być bezczynny. Działać – o to czego chciał, działać i nigdy nie być zaskoczonym.
Problem jednak polegał na tym, że to wcale nie jest tak łatwo nie dać się zaskoczyć…
Białemu Wilkowi było natomiast wszystko jedno, czy jest noc, czy dzień. Nocą stracił matkę, za dnia został wygnany. Jakie jest więc zastanawiać się nad kwestią ulubionej pory dnia? Żaden. Biały Wilk nienawidził życia, lecz mimo to żył. Kiedy jego oczy ujrzały Tasheenę i Sholo w jego sercu coś drgnęło. Poczuł nadzieję.

****

– Czujesz?
– Niby co mam czuć?
Obok siebie siedziały dwa wilki. Sądząc po wzroście był to samiec i samica. Wilk spojrzał teraz na siedzącą obok niego wilczycę, pochyłając jej zdziwione spojrzenie.
– Ten zapach… Coś się święci i to nie będzie nic dobrego.
– Przeczucie?
– Nie wiem, Farencheit. Coś mi tutaj nie pasuje, coś… Naprawdę nic nie czujesz? – Spojrzała podejrzliwie na wilka.
Pokręcił przecząco głową.
– Coś mi tu nie pasuje – jęknęła. – To nie przypomina niczego, co dotąd się wydarzyło, Farencheit. Wszystko się zmieniło, niszczeją stare rzeczy i pojawiają się nowe, nie wiadomo czemu służące. Znika wszystko, co znałam… Spełnia się…
– Przepowiednia – dokończył Farencheit.

****

   – Wiesz w ogóle gdzie my jesteśmy? – Biały Wilk zawołał do Tasheeny. Już od kilku dni biegli w kierunku jaskini, jednak ich cel zbytnio się nie przybliżał.
– Mnie więcej – burknęła.
– Co to znaczy mniej więcej?!
– Zaufaj mi!
Biały Wilk stanął, usłyszawszy te słowa. Tasheena również przystanęła. Z deka zdezorientowana, z deka rozgniewana. Sholo patrzył zdezorientowany to na siostrę, to na wilka. „Co się dzieje?” – zdawał się pytać.
– Ale ja nie potrafię zaufać.
Jego szept dotarł do uszu obojga wilków. Biały Wilk stał ze spuszczoną głową, choć miał twardy wyraz oczu. Wstydził się? Nie, bał się reakcji. Bał się, że jednak go odrzucą.
Wilki sapały, choć nie wyczuwały zmęczenia. Czuły irytację, głód i pragnienie. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, niczym burzowa chmura, psując wszystkim nastrój.
– Nieważne – warknęła Tasheena.
– Mam dość! – rozległ się czyjś oburzony krzyk.

****

   – Coś jest nie tak. Coś się zmienia – Escalante westchnęła, patrząc na zachodzące słońce.
– Krwista czerwień. Jest źle, prawda? – Adeenah porzucił swą maskę gniewu. Po raz pierwszy jest pysk wyrażał prawdziwe emocje. W oczach czaił się… strach? Niepewność? A może niepokój? – tego nie potrafił ocenić.
Chciał wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Ufać, że nic się nie zmieni. Miał nadzieję, że jednak nie jest aż tak źle.
– Bardzo źle – niebo krwawi.
Wiara Adeenaha runęła w nicość.

****

 

   Tasheena i Biały Wilk spojrzeli zdziwieni na Sholo.
– Przestań się zachowywać jak rozpieszczony szczeniak!
– O co ci, na Kweo, chodzi? – irytacja Tasheena sięgnęła zenitu.
– Nie udawaj głupiej. Myślisz, że jesteś lepsza od innych? Mylisz się!
Tasheena gwałtownie obróciła się, szczerząc w gniewie zęby. Rzuciłaby się na Sholo, gdyby nie Biały Wilk. Złapał ją za kark i przycisnął do ziemi.
– Możecie przestać? – wywarczał zły. – Mamy ważniejsze rzeczy do roboty niż wasze kłótnie.
– No to może byśmy się rozdzielili? Puścisz mnie wreszcie? – Wściekła Tasheena próbowała wyrwać się wilkowi.
– Nie. Nie puszczę cię. – Biały Wilk na nowo poczuł pokłady pulsującej złości. Miał ochotę coś jej zrobić, skrzywdzić ją, ale powstrzymywała go pamięć o jej dobroci. – Dobra, w porządku, rozdzielimy się! jak chcesz!
Puścił ją i odbiegł na południowy-zachód. Sholo patrzył chwilę, po czym skręcił na południowy-wschód. Tasheena podniosła się mocno wnerwiona.
– Cholera!
I pobiegła na południe.

****

   – Cholera. Gdzie ja jestem? – Sholo patrzył bezradnie dookoła. Wylądował z daleka od wszystkiego. Nagle do jego uszu dotarł dziwny szum i zapach, jakiego nigdy jeszcze nie czuł.
Teraz, z daleka od wszystkiego, jego złość minęła bezpowrotnie, zastąpiona przez smutek i wstyd.
Nie wiedzieli o tym, ale na dłuższy czas znaleźli się pod wpływem Sassira – Kamienia Złości. Każdy, kto podejdzie na odległość mniejszą niż 50 kroków odkryje w sobie nagłe pokłady złości. Tym silniejsze, im bliżej kamienia się znajduje.
Gdy wilk podejdzie pod sam kamień lub, co gorsza, dotknie go – jest w stanie zabić za byle co. Złość mija w przeciągu  godziny lub po dniu, w zależności jak dużą dawkę złych wibracji wilk na siebie przyjął.
– Tasheena, Sholo i Biały Wilk znaleźli się w odległości około 20 kroków. Wibracje były więc na tyle silne, by ich porządnie skłócić, lecz zbyt słabe, by wyrządzili sobie większą krzywdę.
Wiedziony przeczuciem, Sholo ruszył w stronę nieznajomych dźwięków i zapachów. Czekała go przygoda, wybawienie… lub śmierć.

****

   Biały Wilk wciąż czuł pulsującą złość, nad którą panował z ogromnym trudem. Całą siłą woli powstrzymywał się od rzucenia na cokolwiek.
Przypomniał sobie te wszystkie lata w ciemności, bólu i samotności. Te ciężkie lata, gdy włócząc się po świecie, marzył o cieple ojcowskiego ciała i miłości matki. Obrzydzenie, gdy zobaczył, w co zamienił się Hex.
Gwałtownie zawrócił. Dłużej tak nie mógł. Nareszcie poznał kogoś, komu mógł zaufać i kto ufał jemu – wyrzutkowi, kierowanemu rządzą mordu i nienawiścią.
Uniósł łeb do góry i posłał ku niebu nową pieśń, łączącą w sobie te wszystkie, tak sprzeczne uczucia.

****

   Smocze oczy wpatrywały się w samotną postać Escalante. Żmijowy język to się wysuwał, to wsuwał z powrotem, czując już smak krwi.
– Już niedługo – wysyczał. – Już niedługo.

****

   Tasheena, zmęczona i obolała, dowlokła się do nieznanej jaskini. Nie zastanawiał się do kogo może należeć, nie miał na to nawet siły. Z trudem doczołgała się do położonej niedaleko jaskini. Wiedziała, że wszystko jest nie tak. Czuła, że to ona jest przyczyną wszystkich kłopotów…

****

   – Któż ośmiela się naruszać terytorium wietrznej…
– Ślepa Wilczyca? – Sholo nie zważając na jej słowa, przerwał jej.
– Skąd znasz Ślepą Wilczycę?
– Kim jesteś?
Z nieba sfrunęła ciemnogranatowa wilczyca. Skrzydła furczały gniewnie, jakby chciały przyprzeć wilczka do ziemi.
– Jestem Fee z rodu Bluedream. Kim jesteś, jakim prawem włóczysz się po moim terytorium i skąd znasz Orbę?
– Powoli. Jestem Sholo z Klanu Uchi. Nie mam pojęcia gdzie jestem i kim, na Kweo, jest Orba?!
– Znasz ją pod imieniem Ślepej Wilczycy. Jak to nie wiesz, gdzie jesteś?
– Spotkałem ją. Bardzo pomogła mojej rodzinie i…
– Kiedy ją spotkałeś?
– Nie wiem. Z dwie pełnie temu?
– To niemożliwe…
– Jak to? – Wilczek spojrzał na nią zdumiony.
– Ona nie żyje. Już od co najmniej dwóch zim…

****

   Tasheena poczuła delikatne, aczkolwiek gwałtowne szturchnięcie w bark. Otworzyła zmęczone oczy i zdezorientowana rozejrzała się po okolicy. Jej wzrok padł na na dwa rudo-czarne wilki. Momentalnie poderwała się na łapy, jednak po chwili opadła z powrotem na ziemię. Medalion głucho stuknął o kamienie.
– Spokojnie – szepnął mniejszy z wilków. Po głosie Tasheena poznała, że to wilczyca. – Nic ci tutaj nie grozi.
– Skąd mogę mieć tę pewność? – rzuciła, ale zaraz pożałowała swych słów. Z tych wilków promieniowało coś, co kazało zachować jej milczenie, a wyostrzyć słuch. – Przepraszam…
– To nieistotne. Kim jesteś?
– Tasheena z Klanu Uchi, przybywam  w celu odnalezienia wilka zamieszkującego jaskinię Thaar…
– Widzisz? – przerwała jej wilczyca, zwracając się do swojego towarzysza. – O tobie mówią wiele, a o mnie się nawet nie zająkną.
– Czyli… to o WAS mówił Foren? – Tasheena spojrzała na nich szeroko otwartymi oczyma.
– No taak, pewnie spodziewałaś się jakieś umierające, starego jak drzewa w lecie białego wilka I pewnie miał jeszcze rzucać mądrości na cztery strony świata? – zakpiła sobie wilczyca.
– No… chyba masz rację…
Obie wilczyce parsknęły śmiechem.

****

   – Jak to nie żyje?! – Sholo spojrzał spanikowany na wilczycę. – Gdy ją widziałem była jak najbardziej żywa!
– Mylisz się! – zagrzmiała wilczyca. – Orba zginęła dwie zimy temu! W czasie, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, ktoś zakradł się na nasz teren i zabił ją. Wraz z nią zginęły broniące jej wilczyce. Nasz klan dostał bolesny cios, z którego do tej pory się nie otrząsnął. Co ty możesz o tym wiedzieć?!
W jej głosie gniew mieszał się z bólem i poczuciem bezradności. Sholo zwiesił głowę i wyszeptał:
– Mój klan wymiera, tylko o tym wiem. A jedynym wilkiem, który może coś z tym zrobić jest moja siostra.
– A gdzie ona jest? – zapytała łagodnie Fee. Cały gniew nagle gdzieś wyparował.
– Nie mam pojęcia. Rozdzieliliśmy się już jakiś czas temu, zupełnie straciłem rachubę czasu… – Opowiedział jej wszystko. Na samym końcu dodał: – Teraz nie mam pojęcia co robić.
– A ja mam. Zaufaj mi. Wiem, co robię – dodała, widząc jego zdziwione spojrzenie.

© Załoga Chartykasa