Pozostałe

 
© wint3r88.deviantart.com

   Opowiem wam pewną historię. Będzie to opowieść o małym aniołku, który utracił pewnego dnia swoje szczęście. Ale czy je odnalazł? Tego wam zdradzić niestety nie mogę. Dowiecie się tego, czytając naszą opowieść.

   Amor wydawał się być zwykłym aniołkiem. Jego rumianą twarzyczkę okalały miękkie, złote loki, a głęboko osadzone niebieskie oczka śmiały się niemalże przez cały czas.

   Jednakże Amorek różnił się od innych aniołów. Odróżniał go nie tylko strój, bo w przeciwieństwie do pozostałych, ubiór naszego bohatera był nie biały, lecz w kolorze nieba. Mała aureolka zawsze przechylała się na lewą stronę, być może dlatego, że Amor był małym łobuzem.

   Nie mam tu na myśli kogoś, komu radość sprawia krzywdzenie innych, o nie! Amorek był łobuzem z gatunku tych, którzy zawsze mają dobre chęci, ale nie bardzo wiedzą,jak je wykorzystać. Nasz mały aniołek bardzo lubił pomagać ludziom, ale problemem u niego był fakt, iż nie potrafił poprawnie odczytywać intencji ludzi. Nierzadko zamiast im pomagać, nieumyślnie sprawiał im przykrość.

   Pewnego dnia, gdy wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką, Perełką siedział na chmurze, doszedł do wniosku, że nie jest szczęśliwy w Niebie. Och, miał tu wiele do roboty, nie myślcie sobie, że cały dzień próżnował! Nie, Amorek po prostu stwierdził, że nadszedł czas na zmiany.

   Wiele już nad tym myślał i był już pewien, że to nie jest życie, jakiego pragnął. Nie dla niego był cały ten luksus, zabawa i radość. Wolał sam zapracować na swój sukces. Dlatego, jako swój cel obrał Podniebo.

   Podniebo znali tylko najstarsi mieszkańcy Nieba. To stamtąd pochodzili. Każdemu, kto tylko chciał ich słuchać, opowiadali o życiu, jakie tam niegdyś toczyli. Opowiadali o bitwach ze smokami, pięknych księżniczkach i różnych innych wspaniałościach. Małe aniołki siedziały i słuchały tych opowieści z zapartym tchem, chłonąc je wszystkimi zmysłami, a oczy świeciły im się niby dwie gwiazdki.

   Najuważniej ze wszystkich słuchał Amor. Wielokrotnie słuchał tych samych opowieści, nigdy nie mając dość. Zadawał mnóstwo pytań, wywołując uśmiechy na twarzach opowiadających i sprawiając, że ich oczy zachodziły marzycielską mgiełką. Z lubością bowiem wywoływali stare opowieści z zakamarków pamięci. Cieszyli się, że ktoś z tak ogromną ciekawością słucha ich wywodów.

   Gdy aniołek dowiedział się wystarczająco dużo na temat celu swej wyprawy, udał się do swoich rodziców. Usadowił ich naprzeciw siebie, na jego twarzy gościła powaga. Równie poważnie spojrzał na swych rodzicieli i rzekł:

   – Zamierzam opuścić Niebo.

   Nie powiedział gdzie się zamierz udać, gdyż nie było to potrzebne. Każdy, kto kiedykolwiek pomyślał o opuszczeniu rajskiego zakątka, mógł się udać tylko w jedno miejsce. I było nim właśnie Podniebo.

   Rodzice Amora tylko smutno na niego spojrzeli. Już dawno przeczuwali, że ich synek nie jest taki, jak pozostałe aniołki. Byli przygotowaniu na tego typu sytuację. Przytulili mocno synka, życząc mu wiele szczęście na nowej drodze życia.

   Przez następne dni Niebo przypominało ogromnych rozmiarów ul. Całe aż wrzało od opowieści na temat dzielnego Amorka, nieczęsto bowiem ktoś wyprawia się do Podnieba. A jeszcze rzadziej ktoś tak młody, jak nasz aniołek.

   Musicie bowiem wiedzieć, że Amorek miał zaledwie pięćdziesiąt trzy welucje. Welucja, to niebiański rok – okres, w którym dojrzewa chmurka, na której dany aniołek się urodził. Czas od momentu, w którym powstała, po moment, w którym obumiera uznany został za jeden anielski rok. Odpowiada to około sześciu latom ludzkim. Mając pięćdziesiąt trzy welucje, Amorek odpowiadał wiekiem dziewięcioletniemu ludzkiemu dziecku. Był więc, jak widzicie, jeszcze bardzo młody.

   W dzień wyprawy przy Bramie zebrało się naprawdę dużo aniołów. Każdy z nich chciał się pożegnać z Amorkiem i życzyć mu powodzenia w podróży. Niektórzy chcieli po prostu zobaczyć, kto jest na tyle głupi, by opuszczać Niebo, a jeszcze inni przyszli, bo nie mieli zwyczajnie nic do roboty.

   Na samym końcu podeszła do niego jego przyjaciółka, mała Perełka. Uścisnęła mocno naszego bohatera, a na szyi zawiesiła mu łańcuszek. Na nim zawieszony był malutki wisiorek – połówka serca. Drugą połówkę Amor dostrzegł pomiędzy obojczykami Perełki.

   Ten gest bardzo go wzruszył. Wiedział, że jest ktoś, kto zawsze będzie go kochał, bez względu na to, gdzie się znajdzie i kim zostanie. Perełka uściskała go raz jeszcze.

   – Obiecaj, że kiedyś wrócisz – wyszeptała.

   – Obiecuję – odszepnął anioł zduszonym głosem.

   Czterdzieści jeden welucji później ktoś zapukał do Bram Nieba. Pilnujący ich anioł był tym faktem niezmiernie zdumiony i ze zdziwieniem pokręcił głową. Nikt przecież nie pukał do Bramy, ona zawsze była otwarta! Czekała na kolejnego mieszkańca.

   Najwyraźniej jednak ten niebiański lokator o tym nie wiedział. Strażnik Bramy uważnie obejrzał go od stóp po samiutki czubek głowy; nie wyglądał jak inni przed nimi. Ubrany był w długą, ciemnoniebieską tunikę, poprzetykaną gnie niegdzie złotymi nićmi, ułożonymi w obrazy kwiatów i małych zwierząt.

   Opaloną twarz okalały złote loki, a z twarzy nie schodził szeroki uśmiech. Wyglądał na około osiemdziesiąt siedem welucji, czyli w przeliczeniu na nasze krótkie lata był w wieku piętnastoletniego chłopaka.

   Jednakże strażnika nieco przeraziły jego oczy – nie śmiały się, jak cała jego twarz. Wydawały się dużo starsze niż w rzeczywistości. Wyzierały z nich mądrość, wymieszana ze smutkiem i jakimś nieodgadnionym żalem.

   „Śmiertelnik po przejściach”, pomyślał anioł i niemalże w tym samym momencie zauważył coś dziwnego – ten „śmiertelnik” miał skrzydła!

   – Kim jesteś? – zapytał zdumiony.

   – Mieszkańcem Nieba – odparł przybysz. Jego głos nie wyrażał żadnych emocji. – Kimś, kto popełnił kiedyś błąd, dążąc z dziecięcym uporem do realizacji marzeń. A teraz chciałby wrócić. Nie wiem tylko, czy jeszcze jest dla mnie jakaś szansa.

   – Zrozumiałeś swój błąd, szansa zawsze jest. Nie wiem tylko – dodał lekko zatroskany – czy znajdziesz tu swoje miejsce. Często ktoś, kto powraca, nie jest w stanie na nowo się przystosować. Wszystko dla nich różni się od obrazu, jaki zapamiętali opuszczając Niebo.

   – Jest ktoś – rzekł anioł, a w jego oczach po raz pierwszy pojawił się cień uśmiechu – komu obiecałem, że kiedyś wrócę. Ona zagnieździła się w mojej głowie, nie pozwalając zboczyć z raz obranej ścieżki.

   Nawet, jeśli nie byłbym w stanie na nowo się tu zadomowić, to chciałbym ją zobaczyć, jeszcze raz usłyszeć jej głos.

   -Amorek? – Rozległo się nagle za plecami przybyłego. – To ty?

   Amor, bo to właśnie był tym przybyszem, odwrócił się i jego spojrzenie napotkało jasne oczy Perełki.

   – Perełko – szepnął Amorek. – Perełko, tak bardzo za tobą tęskniłem.

   – Dlaczego wróciłeś? – zapytała, cały czas patrząc mu w oczy. – Dlaczego po tylu latach?

   – Zrozumiałem kilka rzeczy przez te wszystkie lata. Dotarło do mnie, że tak naprawdę nie chciałem nigdzie odchodzić, że nie chciałem opuszczać Nieba. Wszystko, co miałem i czego potrzebowałem było na wyciągnięcie ręki. Ale nie! Byłem tak zaślepiony irracjonalna chęcią udowodnienia sobie czegoś, że tego nie widziałem!

   – Czego nie widziałeś? – W przeciwieństwie do oburzonego głosu Amora, ona mówiła z łagodnością, jakby oswajała zlęknione zwierze.

   – Szczęścia, Perełko, jego nie widziałem. A było tutaj przez cały czas. Przez calutki czas!

   Perełka patrzyła na niego, a w jej spojrzeniu czaiło się niezrozumienie.

   „Oszalał?”, pomyślała.

   Oczy Amorka zwęziły się w małe szparki pod nagłym przypływem radości, a usta rozciągnęły się w czułym uśmiechu. Objął Perełkę i zakręcił nią dookoła, śmiejąc się radośnie. Na koniec przytulił ją i pocałował w czubek głowy.

   – Obiecałem ci, że wrócę. Zrozumiałem, że to ty zawsze byłaś moim szczęściem!

   Perełka także się uśmiechnęła.

   „Nie oszalał. On się po prostu zakochał.”

© Załoga Chartykasa