Pozostałe

 
© moroka323.da.com

         Po śmierci matki zastanawiałam się: czemu akurat ona? Dlaczego mnie to spotyka? Rok temu straciłam najlepszą przyjaciółkę, która zamiast życia wybrała samobójstwo. Dotąd nie mogę się pozbierać, ale co zrobić? Życie nadal trwa.

         Gdy miałam sześć lat odszedł od nas ojciec. Nie, nie umarł – rozwiódł się z mamą, która znalazła sobie innego chłopaka. Był nawet fajny, dopóki nie zaczął pić. Zamknęli go w więzieniu po tym, jak jeździł pijany bez prawa jazdy. Zupełnie jakby nad moim życiem krążyło jakieś fatum!

         Bo jak tu niby wytłumaczyć to inaczej? Wszyscy w mojej klasie mają dwoje kochających się rodziców. A ja? Młodszego brata i pluszowego psa. Ech… szkoda gadać…

         Ostatnio, podczas wizyty w szkolnej czytelni, sprawdziłam w słowniku, co właściwie oznacza słowo fatum. Mnie się zawsze wydawało, że jest to jakieś nieszczęście krążące nad nami, a w słowniku było napisane tak:

 

Fatum – przeznaczenie, konieczność,wiara w to, że życie człowieka

jest z góry zaplanowane od na rodzinaż do śmierci.

      Czyli co? Zadałam sobie wtedy pytanie. Śmierć rodziny, strata przyjaciółki i wylądowanie w sierocińcu było ZAPLANOWANE?! Tak, dobrze widzisz, pamiętniczku, jutro wraz z Bartkiem przenoszę się do sierocińca „Pogodny Uśmiech”. Co za bezsensowna nazwa… Nie chcę nawet myśleć, jak tam musi być! Mam nadzieję, że lepiej niż teraz w domu. Idę się pakować..

      O nie! To na pewno jakieś fatum! Nie mogę nigdzie znaleźć Cafalla! Nie wiem, czy wiesz,  pamiętniczku, ale to mój najukochańszy miś – mam go od podstawówki! Nie pojadę bez niego do tego głupiego sierocińca.

 *

      JEST! Znalazłam go! Po dwóch godzinach, ale znalazłam. Wiesz gdzie był? Bartuś go wziął ze sobą. Nie mogę się na niego gniewać, bo ma dopiero pięć latek. Kiedy patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, niebieskimi oczętami, rozciąga w uśmiechu usta, szczerząc ząbki, to po prostu nie mogę się na niego gniewać. Szczególnie,gdy na dodatek swoim okrutnym zwyczajem wskakuje mi w ramiona, przytula (jego brązowe włosy zawsze łaskoczą mnie w nos) i szepcze: Kocham Cię, siostrzyczko, mój gniew zaraz się ulatnia. Jest takim słodkim brzdącem.

      Ale niestety trzeba kończyć pakowanie. Ubrania są, zeszyty są, Cafall jest, Bartek jest… Zaraz, zaraz…

      – Bartek! Co ty robisz w mojej walizce? – Zawołałam ze śmiechem.

      – Chowam się – odpowiedział – Przed Babą Jagą, która zabierze mnie do sierocińca… –  Spojrzał na mnie zapłakanymi oczkami

      – Bartuś – westchnęłam – Chodź tu do mnie – wyjęłam go z walizki i posadziłam sobie na kolanach – Kto Ci naopowiadał bzdur o Babie Jadze? Nikt nas nie rozdzieli, rozumiesz? Nikt!

      – Nie pozwolisz na to?

      – Nie – Zapewniłam go.

     – Nawet, jeśli mnie będą chcieli adoptować, a Ciebie nie? – Chyba nie był do końca przekonany moim zapewnieniem, skoro zadał to pytanie.

      – Tak. Bartuś, nawet wtedy. Zresztą. Zaraz po przyjeździe porozmawiam z kierowniczką i powiem jej, że nas się nie rozdziela.

      – Myślisz, że Cię posłucha? Masz tylko piętnaście lat.

     – A ty pięć – odcięłam się. – Nawet, jeśli mnie nie posłucha, to nie dam Cię adoptować. Jesteś moim braciszkiem i beze mnie nigdzie nie pójdziesz.

      – Obiecujesz?

      – Obiecuję – uśmiechnęłam się do niego. On w odpowiedzi uśmiechnął się też i przytulił do mnie mocno. Po chwili usłyszałam jego spokojny oddech. Zasnął

      – Taki braciszek, jak ty, to skarb – szepnęłam mu do ucha u ułożyłam w łóżku.

*

      Jest dziesiąta rano, piątek. Właśnie dojechaliśmy do sierocińca „Pogodny uśmiech”, ale czy na pewno jest taki pogodny?

      Szare, smutne ściany z białymi oknami bez firanek. Nasz domek pomalowany był na biało, okna miały wesołe firanki i były pomalowane na jasną zieleń, kojarzącą mi się z wiosną. Ta szarość kojarzy mi się tylko ze smutkiem.

      Przeszliśmy przez równie szare drzwi i weszliśmy do niezbyt dużego holu, o ile można go tak w ogóle nazwać. Był pomalowany na ciemny, jesienny brąz, także niekojarzący mi się z niczym wesołym. Podłoga była pomalowana na dziwny, zgniłozielony odcień.

      Weszłam za ubraną w czerń dyrektorką na drugie piętro. Zaprowadziła mnie ona na sam koniec korytarza. Po drodze minęliśmy wiele drzwi, z każdych wystawała głowa dziecka, patrzącego na nas z ciekawością.

      Pewnie myślą, skąd się tu właściwie wzięliśmy – pomyślałam, po czym rozejrzałam spojrzałam na Bartusia. Nie mogłam nic wyczytać z jego twarzy. Ukrył uczucia pod maską obojętności. Muszę przyznać, że robił to lepiej ode mnie.

      Gdy weszliśmy do pokoju, pani dyrektor powiedziała mi, że mam uroczego braciszka i że nie zamierza nas rozdzielać. Może jednak szczęście do nas powróciło?

*

      Szczęście? Przeklinałam się kilka tygodni później. Taa… chyba w SNACH! Wiesz co mam na myśli, pamiętniczku? To, że jestem tu NAJSTARSZA i to na mnie spadł obowiązek pilnowania dzieci, gdy nie ma dyrektorki. Ale to nie wszystko! Jakby tego było mało, coraz więcej osób chce adoptować Bartusia, ale gdy on się pyta, czy mnie też adoptują, odpowiedź zawsze brzmi: NIE! Za co mnie to spotyka?

      Bartuś jest taki kochany. Po każdym takim spotkaniu siada mi na kolanach i szepce do ucha: Bez Ciebie i tak bym nigdzie nie pojechał.

*****

      Ufałam mu. Do pewnego grudniowego dnia rok później. Przyszli jacyś starsi państwo, mówiąc, że chcą wziąć pod swoje skrzydła małego chłopczyka. Ich wyborem stał się Bartuś. Mój mały braciszek ostro protestował, mówiąc, że beze mnie nigdzie nie jedzie. Byłam zdruzgotana. Czy na prawdę będę musiała siedzieć w tym sierocińcu resztę życia?

      – Jedź, Bartuś – usłyszałam swój głos – Potrzebujesz domu i ciepła rodzinnego. Chociaż na kilka dni, zobacz, czy ci się spodoba. Jeżeli nie, to wrócisz, a jeżeli tak, to… – nie dokończyłam, zalewając się łzami. Bartuś skoczył mi w ramiona, przytulając się do mnie z całej siły. Po czym odjechał, znikając z mojego życia, ale nie z serca. Tam pozostanie na całe życie.

*

      Miałam rację, pamiętniczku, nie wrócił. Został z państwem Bone, już na zawsze. Ale nie zapomniał o mnie, wiem to. Na święta przysłał mi śliczną puchatą owieczką i list napisany swoim koślawym pismem. Na końcu dodał: Owieczka nazywa się Bartuś. Teraz leżę sobie na łóżku w tym parszywym sierocińcu i myślę, że chyba naprawdę jestem ścigana przez Fatum…

© ZałogaChartykasa