Niezwykłe psy

Historia autostwa Lee Maynarda

Kwietniowy ranek 1999 roku. Don Massey siedzi przy zbitym z desek stole. W stuletniej chacie z bali na położonym na odludziu pastwisku szyba w oknie jest tak zakopcona, że przypomina zatłuszczony papier. Ledwie przez nią prześwituje zimne światło, w którym zarysowuje się kontur głowy w kapeluszu. Don ma twarz zniszczoną od pracy na ogromnej, pociętej wąwozami równinie Book Cliffs leżącej na wschodzie stanu Utah. Na zewnątrz do zamarzniętego wodopoju podszedł jeleń i stuka kopytem w lód.

Don jest na nogach już od piątej rano. Teraz szorstkimi jak tarka dłońmi obejmuje kubek parującej kawy. Próbuje rozgrzać zesztywniałe palce i przywrócić czucie w zdrętwiałej prawej ręce. Trochę to potrwa..

Zaczyna opowiadać o psie… i przed oczami znów stają mu wydarzenia z 6 listopada 1997 roku.

Don Massey skierował konia na szlak biegnący pod stromą ścianą, wjechał w labirynt urwistych wąwozów. Lubił tę szczególną ciszę poranka, która spowijała tysiące hektarów pastwisk. 64+letni kowboj czuł, jak bije serce ziemi, na której się urodził, wychował i którą przemierzał przez większą część życia.

Robił to, co lubił: był sam, jechał na dobrym koniu, obok biegły dwa psy, szukał krów, które odłączyły się od stada. Spojrzał na Mroka. Ten stary kundel był z nim od szczeniaka. Zawsze towarzyszył Donowi w konnych wyprawach. Nie był domowym pieszczochem, lecz psem pasterskim, tak jak Don był kowbojem. Każdy z nich miał swoją robotę.

To najlepszy pies do zaganiania krów, jakiego miałem w życiu, pomyślał Don. Mrok był niezawodny i posłuszny, biegł przy koniu dopóki pan nie wydał mu poleceń.

Don zatrzymał konia i przesunął kapelusz w tył głowy. Czuł chłodne listopadowe powietrze owiewające mu twarz. Poprawił się w siodle, dobrze wyprawiona skóra cicho zaskrzypiała.

Spojrzał w dół na psy. Dziwne, stały nieruchomo.

Krowy są sprytne, czasem stoją za kępą krzaków i czekają, aż ją miniesz i pojedziesz dalej. Doskonale znał takie sztuczki, więc nieraz ściągał cukle i oglądał się za siebie. Teraz też się zatrzymał. Odwrócił się i zadał wzrokiem przebytą drogę. Nic nie zauważył.

Nie zauważył też pumy, dopóki nie wskoczyła na konia.

Wylądowała na siodla, niemal na jego kolanach. W niezmąconą ciszę wdarł się chrapliwy ryk pumy i rozpaczliwe rżenie konia. Dziki kot był kłębowiskiem zębów i pazurów. Tylne łapy szarpały łopatkę konia, przednie atakowały Dona. Ręka człowieka przeciw pazurom, które rozrywają rękawice i odsłonięte ciało.. Don nawet tego nie zauważył. Widział tylko rozwarty pysk pumy na wprost swojej twarzy.

Koń stanął dęba, jak szalony kręcił się w koło na dwóch nogach. Trzymaj się, stary – powtarzał sobie Don. Jednak spanikowany wierzchowiec bez trudu zrzucił z grzbietu jeżdźca i pumę – pognał traktem, którym tu przyjechali. Drapieżnik skoczył za nim.

Don przeturlał się po ziemi kilka metrów i kucnął. Nie było czasu się zatsanawiać, czy ma całe kości. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że z prawej ręki leci mu krew.

Z jednej strony miał stromą ścianę, z drugiej bezkresną równinę. Nie mógł wspiąć się na skałę, nie mógł biec szybciej niż puma. Był w pułapce, bez broni i bez konia. Psów też nie widział.

Puma nie doścignęła konia i po jakichś 30 metrach zrezygnowała z pościgu. Zawróciła w stronę Dona.

Wiedział, że nie powinien się ruszać, bo sprowokuje ją do jeszcze większej agresji. Jednak musiał mieć jakąś broń. Ostrożnie rozejrzał się po ziemi wokół, zauważył gałąź bylicy długą może na metr. Powoli ją podniósł.

Wtedy puma zaatakowała.

Dzień w Book Cliffs zaczął się tak zwyczajnie. Don Massey od wczesnego ranka siedział w siodle, pilnował krów firmy, która hodowała je na tysiącach hektarów w tym odludnym regionie. Robił to, co umiał – i robił to dobrze. Nie znał innego życia. Wiedział, że w jego wieku zawodu się nie zmienia.

Cieszyły go proste sprawy. Lubił życie kowboja, lubił chwytać i ujeżdżać dzikie konie. Lubił rodeo i od czasu do czasu kolację z innymi kowbojami. Kiedy musiał, jechał do miasta. Dawniej pojawiał się w Vernal raz na pół roku. Lata mijały, czasy się zmieniły i ostatnio bywał w mieście często, nawet raz na miesiąc.

Teraz myślał, że może zginąć w tej dziczy i nigdy już nie zobaczy ani miasta, ani rodziny. Nie miał się gdzie cofnąć, nie mógł biec przed siebie. Trzymając w ręku tylko suche drewno Don podniósł się z kucek. Mocniej chwycił zakrwawiony kij. Czekał.

I nagle zjawił się czarny Mrok. Wyskoczył gdzieś zza pleców Dona i spadł na pumę w pół jej skoku. Pies i kot zwarli się w kulę, walczyli bez jednego warknięcia i pomruku. Była to cisza przerażająca. Właśnie ona uzmysłowiła Donowi, że to jest walkja dwóch zwierząt na śmierć i życie.

Mrok dawał kowbojowi cenne sekundy na podjęcie ucieczki. Jednak nim Don zdołał zrobić pierwszy krok, puma złapała psa za gardło.

Mrok nie miał szans na pokonanie drapieżnika. Don mógł uciec i zostawić psa własnemu losowi, ale nie potrafił. Zamiast uciekać, podniósł drąg do góry i rzucił się w środek walki.

Wokół unosił się kurz, kłębiły się zwarte w niemym boju ciała, lała się krew, buty szurały na skale. Don śmigał kijem na wszystkie strony, próbując trafić w pumę. Trafił tak mocno, że aż poleciały drzazgi.

Jednak ona nie zamierzła puścić psa. Nie uciekała przed gałęzią. Była tu, by walczyć do końca.

Don Massey także nie ustępował.

Znów zamachnął się drągiem, rozległ się suchy trzask. Musiał uderzyć mocno i celnie, bo ją zamroczył, ale wciąż zaciskała szczęki na gardle biednego Mroka. Pies zwisał jej z pyska jak szmaciana zabawka.

Don odrzucił kij, złapał duży kamień i walnął nim w łeb pumy. Usłyszał trzask łamanej kości.

Walka była skończona. Kurz opadł, w nagle zapadłej ciszy słychać było tylko chrapliwy oddech Dona.

Oba zwierzęta leżały bez ruchu – zęby pumy nadal tkwiły w gardle psa, na ziemię tryskała krew. Don odciągnął martwą pumę od Mroka. Ukochany pies leżał nieruchomo, nie oddychał. Don patrzył wzruszony na leżące ciało przyjaciela. Nie miał wątpliwości – Mrok uratował mu życie.

Czy pumy polują parami? – zastanawiał się Don. Nie był pewien. Jednak najlepiej odejść stąd jak najszybciej. Wróci tu później, by pochować Mroka.

Był dobre 3 kilometry od obozu. Kowboje mieszkali tu w stuletniej chacie z bali, w pobliżu której ustawiono zagrody dla krów i dwie szopy.

Dokuśtykał tam w południe. Zobaczył swojego konia, który samodzielnie wrócić do obowowiska i teraz spokojnie stał przy płocie. Obóz był pusty, inni kowboje jeździli gdzieś po bezkresnych pastwiskach tego regionu.

Ostry ból przeszył mu prawą rękę – rozharataną miedzy kciukiem a palcem wskazującym. Istniało niebezpieczeństwo zakażenia, a w obozie nie byłoi apteczki. Do Vernal i szpitala było prawie 130 kilometrów. Don moczył więc rękę w wodzie z solą i zawijał w ściereczkę. Wreszcie położył się do łóżka i czekał.

Koledzy wróici dopiero nocą, jakieś 10-12 godzin później. Wsadzili go do furgonetki i zawieźli do szpitala. Puma wyrwała mu duży kawałek ciała i trzeba było zrobić przeszczep skóry.

Donowi cały czas ciążyła myśl, że Mrok odszedł na zawsze.

Następnego dnia do obozowiska kowbojów przyjechał Ted Gardiner z wydziały ochorny przyrody w Utah. Miał spisać zeznania kolegów Dona. Gdy wysiadł z ciężarówki, zauważył obok szopy starego czarnego psa. Mrok leżał na ziemi, oddychał ciężko i miał rany na karku. Łeb kundla był tak opuchnięty, że nie widać było oczu.

Gardiner przywiózł ciało pumy i mocno poharatanego psa do Douglasa Murphy’ego, weterynarza z Vernal. Zadzwoniono do Masseya, który zdumiony natychmiast przybiegł do doktora Murphy’ego. Don stał obok niego i obserwował, jak ten opatruje paskudne, głębokie kłute rany na szyi i podaje antybiotyki.

Przez cały czas powtarzał sobie w myślach: To jeszcze nie koniec. Znowu będziemy razem tropili po wąwozach zaginione krowy.

I tropili.

Jednak życie na pastwiskach jest bezwględne. Mniej więcej rok po ataku pumy Don ładował na furgonetkę wielkie kłody. Mrok jak zawsze leżał obok niego. Praca była ciężka, ale nie narzekał. W pewnej chwili drewno przygniotło mu prawą rękę – tą poharataną przez pumę. Don podważył kłodę i wyswobodził rękę. Nie mógł poruszać palcami.

– Pewnie coś sobie uszkodziłem – powiedział do psa.

Wrócił do obozowiska. Potem kolega zawiózł go do Vernal. Obrażenie okazało się poważne. Ręka była tak fatalnie połamana, że Don musiał zostać w Vernal prawie trzy miesiące.

Tym razem to Mrok chyba uznał, że stracił towarzysza. W czasie nieobecności swego pana przepadł w górach.

Don Massey kończy opowieść i popija kawę. Czasy się zmieniły. Dzisiaj wyjeżdżając w pojedynkę zabiera ze sobą pistolet. Tak na wszelki wypadek. Kupił też kawałek ziemi i chce zamieszkać tak, gdy będzie na emeryturze. Nie sądzi jednak, by nastąpiło to szybko.

– Popracuję gdzieś do 70. Nic nie sprawia mi tyle radości, co praca – tłumaczy.

Wieczorem siada przy wejściu do czerwonej stodoły. Dwa szczeniaki wdrapują mu się na kolana i Don zaczyna z nimi rozmawiać. Tak prowadzi przesłuchanie na kandydatów do roli nowego psa pasterskiego. Ten wybrany musi być silnyt i wytrzymały, ale najważniejsze, by miał to coś nieuchwytnego – wielkie serce.

© Załoga Chartykasa