Dzikie psowate

 © ahyicodae.deviantart.com

     Kaya no Yoshifuji, który mieszkał w wiosce Ashimori w prowincji Bitchu, zbił majątek na handlu monetami przywożonymi z Chin.

     Jesienią roku 869 jego żona udała się do stolicy, czyniąc go słomianym wdowcem. Był zbyt jurny, by długo znieść samotność. Pewnego wieczora, kiedy spacerował o zmroku, zobaczył śliczną młodą dziewczynę, której nigdy przedtem nie widział, i natychmiast jej zapragnął. Kiedy ją chwycił, próbowała się wyrwać, jednak mężczyzna, trzymając ją mocno, zapytał, kim jest.

     – Nikim – odpowiedziała tajemniczo.

     – Chodź ze mną – zaproponował Yoshifuji.

     – Ach, panie, nie mogę! – odpowiedziała, znów usiłując uwolnić się z jego uścisku. 

     – Powiedz mi więc, gdzie mieszkasz, a pójdę tam z tobą.

     – Tam – wyjaśniła dziewczyna i ruszyła we wskazanym kierunku. Yoshifuji szedł obok, trzymając ją mocno. Dom stał niedaleko i był przepiękny. Cóż za niespodzianka – tak wspaniałe miejsce i tak blisko! Słudzy obojga płci zebrali się, by powitać swa panią, i mężczyzna zdał sobie sprawę, że dziewczyna jest córką właścicieli domostwa. 

     Ku wielkiej radości Yoshifujiego dane mu było spędzić noc z obiektem swych westchnień. Następnego ranka  do pokoju dziewczyny wszedł mężczyzna, którego kochanek uznał za jej ojca.

     – Było ci sądzone tu trafić – powiedział – i musisz tu pozostać!

     Ukochana była dla niego tak miła, a on się tak w niej zadurzył,że zupełnie zapomniał o żonie i nawet nie pomyślał o swym domu i pozostawionej tam rodzinie. Przysięgli sobie z dziewczyną wieczną miłość.

     Gdy Yoshifuji jakiś czas nie wracał, domownicy początkowo przypuszczali, że jak zwykle włóczy się po mieście, jednak po upływie kilku godzin zaczęli się naprawdę martwić.

     – Cóż to za szaleniec! – burczeli. – Będziemy musieli iść go poszukać!

     Służący wysłani w środku nocy, by przeczesać okolicę, powrócili z niczym. Ich pan nie mógł jednak odejść daleko: wychodząc miał na sobie tylko codzienne ubranie, wszystkie pozostałe szaty wciąż były w domu. Do świtu szukano wszędzie – bez skutku. Domownicy nie wiedzieli, co począć. Gdyby Yoshifuji był młodszy, mógłby w porywie szaleństwa zamknąć się w klasztorze czy nawet targnąć na swoje życie, jednak jego wiek to wykluczał. Sprawa była bardzo dziwna.

     Tymczasem zaginiony zadomowił się w nowej siedzibie, a jego pani zaszła w ciążę. Po porodzie, który przebiegł bez problemów, kochankowie stali się sobie bliżsi niż kiedykolwiek. Czas upływał, a Yoshifuji żył beztrosko. 

      W dawnym domu handlarza uznano go za zaginionego. Jego bracia i jedyny syn, Tadasada, który pragnęli przynajmniej odnaleźć jego ciało, zebrali się razem, ścięli drzewo i wyrzeźbili z niego posąg Kannona o Jedenastu Twarzach odpowiadający wysokością wzrostowi Yoshifujiego. Po zakończeniu pracy padli przed nim na ziemię i modlili się o odnalezienie zwłok. Trzeba też dodać, że od dnia zaginięcia swego krewnego wzywali imienia Buddy i czytali sutry, by przeprowadzić jego duszę w następne wcielenie. 

     W nowym domu Yoshifujiego pojawił się nagle człowiek z kijem. Wszyscy domownicy uciekli w popłochu, a przybysz dźgnął mężczyznę drągiem w plecy i popchnął go ciasnym przejściem do wyjścia.

      Był to trzynasty wieczór po zaginięciu mężczyzny. Krewni i słudzy wciąż pochylali głowy nad jego smutnym losem, kiedy spod stojącego nieopodal spichrza wygrzebał się dziwny stwór przypominający małpę. Co to było? Przez gwar rozmów zaskoczonych domowników przebił się głos:

     – To ja. – I rzeczywiście, był to Yoshifuji. Nawet jego synowi trudno było w to uwierzyć, jednak głos z pewnością należał do zaginionego. Tadasada zeskoczył z werandy i przyniósł ojca do domu.

     Yoshifuji wyjaśnił, jak rozpaczliwie brakowało mu kobiety pod nieobecność żony i jak związał się z córka wielkiego pana, która urodziła mu synka.

     – Jest taki śliczny, że mógłbym bez przerwy nosić go w ramionach – oznajmił. – Jest teraz moim dziedzicem, Ty, Tadasado, będziesz musiał zadowolić się drugim miejscem w kolejce. Zdecydowałem tak, gdyż bardzo szanuję jego matkę.

     – Gdzie jest twój synek? – spytał Tadasada. 

     – Tam, ma się rozumieć – odparł Yoshifuji, wskazując na spichlerz. 

      – Wszystko razem było bardzo dziwne. Yoshifuji był bardzo wychudzony i wyglądał na chorego, miał też na sobie te same ubrania co w dniu zniknięcia. Służący wysłany, by zajrzeć pod magazyn, znalazł tam mnóstwo lisów, które rozbiegły się na wszystkie strony. Tam właśnie przebywał  zaginiony, niewątpliwie omamiony przez te zwierzęta. Zawarł małżeństwo z lisicą i stracił zmysły.

      Niezwłocznie wezwano świątobliwego mnicha i wróżbitę yin-yang, by oczyścił Yoshifujiego, jednak nawet po wielokrotnych ablucjach mężczyzna nie był jeszcze w pełni sobą. Świadomość powróciła mu nieco później i bardzo wstydził się tego, jak dał się oszukać. Trzynaście dni spędzonych wśród zwierząt wydawało mu się trzynastoma latami, a niewielka przestrzeń pod podłogą spichrza – okazałą rezydencją. Wszystko to było sprawką lisów, a człowiek z kijem, który je przegonił, stanowił wcielenia Kannona wyrzeźbionego przez braci i syna Yoshifujiego.

      Mężczyzna przeżył w dobrym zdrowiu jeszcze dziesięć lat i zmarł w sześćdziesiątym czwartym roku życia.

Źródło bajki: Royall Tyler – „Baśnie japońskie”.

© Załoga Chartykasa