Weterynaria

Historia pochodzi z Readers Digest.

W odległym krańcu miasteczka uniwersyteckiego stoi mały brązowy domek, w którym rocznie zjawia się od 1200 do 1500 pacjentów. Przybywają w pudełkach po butach lub owinięte kocami i ręcznikami.

To klinika szkoły weterynaryjnej dla dzikich zwierząt. Tu leczy się między innymi poranione wiewiórki ziemne, myszy, sowy, żółwie, jelenie, jastrzębie, łabędzie i norki. Pacjentów potrąciły samochody, poraził prąd albo trafiły ich kule bądź strzały z łuku.

Studenci poznają sposób ratowania życia tych stworzeń. Zauważyli, że niektóre rodzaje obrażeń pacjentów zalezą od pory roku.

Od wiosny do końca lata ludzie przynoszą poranione pisklęta i młode stworzenia. Jesienny sezon polowań owocuje postrzeleniami. Okres zatruć jadem kiełbasianym przypada latem, zima to niestety pora przymierania głodem i odwodnienia.

Młodzi lekarze weterynarii poznają tu różne sztuczki ułatwiające obchodzenie się z dzikimi zwierzętami. Muszą na przykład wiedzieć, że kormorany broniąc się, mierzą dziobek prosto w oczy, gdy więc taki ptak trafi do kliniki, lekarz musi zacząć od włożenia okularów.

Pewnego dnia doktor Elisabeth Stone zeszła do piwnicy, by udzielić trzem studentkom wskazówek, jak wyciągnąć jastrzębia z klatki. Jedna z nich włożyła  rękę do dużego, drewnianego kojca sięgającego jej do piersi i chwyciła ptaka rękami w dużych skórzanych rękawicach. W powietrze wzbiła się chmura piór.

– Uważaj! – ostrzegła ją doktor Stone. – Kiedy go łapiesz, pamiętaj, że podleci do góry. Trzymaj jego szpony z dala od brzucha, a dziób z dala od piersi. Może skubnąć.

Kobiety się roześmiały, po czym zaniosły ptaka na jedną z sal operacyjnych na pierwszym piętrze. Tam trafił do rąk chirurgów.

W klinice otrzymują pomoc stworzenia, które część ludzi uważa za zbyt pospolite, by zawracać sobie nimi głowę – jak gołębie, wrony czy wiewiórki.

© Załoga Chartykasa