Weterynaria

Historia pochodzi z Readers Digest.

Izba przyjęć to miejsce, do którego właściciele zwierząt pędzą, mając nadzieję na cud. Jednak czasem bardziej niż wiedza medyczna, liczy się zwykłe współczucie.

Pewnego rześkiego grudniowego ranka George i Melody LeFrancisowie wjechali pełnym gazem na szpitalny parking. Ich ukochana suczka raqsy husky, Meka, leżała na tylnym siedzeniu wymiotując krwią. Wolfie, drugi pies rasy husky LeFrancoisów, leżał już na podłodze garażu. W ogrodzie za domem czekał już nań wykopany grób. Cokolwiek do zabiło, teraz wyniszczało Mekę.

Historia dwóch psów zaczęła się przed laty, gdy państwo  LeFrancisowie spotkali Wolfiego włóczącego się po ulicach Linwood w stanie Massachussets. Węszył za jedzeniem w pobliżu restauracji, której byli właścicielami. Miał zmierzwioną, brudną sierść, brakowało mu tylnej łapy.

Coś w tyglądzie wynędzniałego przybłędy sprawiło, że George zatrzymał ciężarówkę. Otworzył drzwi od strony pasażera i ni z tego, ni z owego, powiedział do psa:

– Jeżeli dasz radę wskoczyć, zabiorę cię do domu.

O dziwo pies wgramolił się do środka. George zawsze dotrzymywał słowa – zabrali więc go do siebie i nazwali Wolfie – Wilczek.

Okazał się pogodnym stworzeniem. Bardzo go pokochali. Kiedyś krewny pokazał im artykuł o innym husky. Nie do wiary, lecz ten również miał trzy łapy. Znaleziono go, kiedy porzucił go właściciel. Pies był przywiązany na placu zabaw. W ten obrzydliwy sposób ktoś się pozbył psiej kaleki.

George i Melody nie zastanawiali się długo.

Tak w ich domu zjawiła się Meka. Oba zwierzaki bardzo się zaprzyjaźniły i stały się częścią rodziny. Często przychodziły do restauracji państwa, gdzie podawano potrawy z owoców morza. Bywalcy tak polubili sympatyczne psy, że restauracja zyskała miano „knajpki z wilczkami”.

Interes szedł świetnie. Wszyscy byli szczęśliwi. Nieszczęście spadło na nich nagle. Kiedyś na podwórzu Wolfie wykopał starą, surową kość. Najpierw sam zaczął ją obgryzać, potem dołączyła doń Meka. Melody nie zwróciła na to uwagi.

Niebawem jednak psy zachorowały. Zaczęły wymiotować i dostały biegunki. Dopiero później właściciele domyślili się, że przyczyną zatrucia była znaleziona kość. Miejscowy weterynarz podał Wolfiemu i Mece płyny, po czym odesłał psy do domu. Następnego dnia miał podjąć dalsze leczenie.

Nazajutrz Wolfie pojechał jeszcze raz do weterynarza, Meka wyglądała lepiej i została w domu. Parę dni później Melody znalazła w garażu martwego Wolfiego. George zabrał się do kopania w zamarzniętej ziemi grobu dla ich ulubieńca. Chcieli pochować go w pobliżu.

Wtedy z Meką zaczęło się dziać coś strasznego. George przerwał kopanie. LeFrancisowie popędzili do weterynarza. Dowiedzieli się, że szansę uratowania psa daje tylko ostry dyżur w Tufts.

Tu Meką zajęła się doktor Lisa Powell. Oczy wszystkich zwróciły się n 31-letnią lekarkę, sympatyczną kobietę z burzą ciemnych, kręconych włosów, ubraną w spodnie khaki i niebieską, bawełnianą koszulkę.

Lisa zdaje sobie sprawę, że pies jest w bardzo złym stanie. Natychmiast zleca podanie kroplówki i tlenu. Meka jest w stanie wstrząsu septycznego, co grozi śmiercią. Ciśnienie ma niebezpiecznie niskie, 61 na 28, normalnie zaś wynosi 150 na 100. Lisa zleca badanie krwi. Rokowania są marne.

Wszyscy dwoją się i troją, lecz około 10:25 rano oczy Meki zapadają się w głąb. Zaczyna kasłać i wymiotować. Z pyska tryska jasnoczerwona krew. Sanitariusz zanosi bezwładną suczkę na stół.

Meka na chwile przytomnieje, oblizuje się i rozgląda się wokół. Doktor Powell znów jest przy niej.

– Psinko, kochana – mówi kojącym głosem – Nie umieraj. Dlaczego mnie tak straszysz?

Leżąc na stole, Mekka lekko unosi łeb i zaczyna słabo zawodzić. Wyje długo i przeciągle.

Tuż po 10:40 przychodzą wyniki badań. Suczka ma 450 białych krwinek, a powinno ich być 6000. Liczba płytek na milimetr kwadratowy wynosi 2000, norma jest sto razy większa.

– Fatalnie, fatalnie, fatalnie – mruczy pod nosem doktor Powell. Odwraca się do psa i mówi ze współczuciem. – Moja malutka…

Lisa wierzy, że przemawianie do przestraszonego zwierzęcia jest ważną częścią leczenia.

– Uważam, że to pomaga w terapii. Te biedaki są w obcym miejscu, chore. Nie rozumieją, co się dzieje, Wbija się w nie igły. Myślą sobie: Zawsze leżałem w łóżku mojego pana, który mnie przytulał. O co w tym wszystkim chodzi?

Jednak Meka jest w tak złym stanie, że chyba nie słyszy czułych słów. Infekcja mimo antybiotyków postępuje. Po kolejnej porcji płynów i antybiotyków, Meka sztywnieje i wyciąga szyje. Jej oddech wskazuje, że jest w agonii. W ostatnim wysiłku stara się zaczerpnąć nieco tlenu.

Student niezgrabnie manipuluje przy aparacie tlenowym. Doktor Powell doskakuje, podłącza rurkę i umieszcza maskę na mordce Meki. Zwierzę oddycha lżej. Kryzys znów mija. Jest godzina 11:10.

20 minut później stan suczki znowu gwałtownie się pogarsza. Pysk ma otwarty, a urywany oddech świadczy o zbliżającej się agonii. Bardzo krwawi. Teraz wraz z doktor Powell doglądają jej już trzej lekarze weterynarii.

O 12:05 husky ledwie dyszy. Całe jej ciało się kurczy. Parę minut później zaczyna tracić przytomność. Doktor Powell podnosi jej głowę.

– Meka, Meka! – woła.

Żadnej reakcji. Lekarka zdaje sobie sprawę, że reanimacja przy zastosowaniu wszystkich dostępnych środków tylko przedłuży konanie.

Nie ma wyjścia, prosi właścicieli do siebie i mówi, jaka jest sytuacja i co powinni zrobić.

Wyczerpana po bezsennej nocy Melody wybucha płaczem.

– Nie mogę jej zabić – mówi obejmującemu ją George’owi.

– To ostatni dar, jaki możemy ofiarować zwierzęciu – ze łzami w oczach tłumaczy inny weterynarz. – Najmniej egoistyczny postępek, na jaki jesteśmy w stanie się zdobyć.

Melody rozpacza, ale w końcu wyraża zgodę. Prosi, by odłączyć Mekę od aparatury, żeby mogła się pożegnać z ukochanym psem.

Otoczona kochającymi ludźmi suczka umiera. Jest 12:30.

Zrozpaczonym LeFrancisowom nic nie zastąpi ich ukochanych zwierząt. Lecz pewnego dnia Melody przeglądając w Internecie strony o domowych ulubieńcach, znajduje ogłoszenie o poranionym husky, który poszukuje domu. Po wypadku ma tylko trzy łapy. Jeszcze tego samego wieczoru Melody i George jadą po tego psa.

I znów mają swojego „wilka”.

© Załoga Chartykasa