Weterynaria

Historia pochodzi z Readers Digest

Kiedy Rose Borkowski była dzieckiem, zawsze opiekowała się okaleczonymi ptakami. Ponieważ jej dom na Florydzie stał w pobliżu jeziora, zajmowała się najczęściej kaczkami. Później, gdy pracowała jako trenerka delfinów, postanowiła skończyć szkołę weterynaryjną, by zostać „lekarzem, który potrafi zając się każdym zwierzęciem”.

Osiągnęła ten cel; podczas studiów zyskała wiedzę o różnych gatunkach. Na przykład o iguanach.

– Naprawdę je lubię – powiada. – Gdy niektóre iguany głaszcze się po czole, tam, gdzie mają szyszynkę, po prostu zamykają oczy i zapadają w półsen, a wtedy można im zrobić badanie USG.

Inne, mniej egzotyczne stworzenia, wymagają innych sposobów.

Energiczna pani weterynarz zawsze musi być przygotowana na wszystko. Pewnego dnia w izbie przyjęć zajmowała się Henriettą, małym, afrykańskim, pigmejskim jeżem, nieco przytęgim.

Henrietta broni się jak każdy jeż – zwinięta w kulkę przypomina okrągły kaktus. Nieszczęśliwa, syczy z bólu. Rose wie, dlaczego – w fałdach skóry tłustego zwierzęcia zadomowiła się roztocz.

Trzeba uśpić jeża i oczyścić gazikami wałki tłuszczu. Henrietta przeraźliwie cuchnie. Cóż, chore zwierzę to nie fiołki, nie musi pachnieć.

Praca w weterynaryjnej izbie przyjęć niesie ze sobą liczne niebezpieczeństwa. Większość tutejszych lekarzy musi zmagać się z pacjentami, którzy mogą ich stratować, okaleczyć, ugryźć, podrapać, opluć czy choćby tylko na nich syczeć. Dlatego zawsze muszą zachowywać bardzo dalece idącą ostrożność.

© Załoga Chartykasa