Weterynaria

Historia pochodzi z Reader’s Digest.

Uczucie Algerów dla Misty nie ma w sobie nic wyjątkowego. Amerykanie kochają swoje zwierzęta. Uważają się często za członków rodziny. W badaniu opinii publicznej 3 na 5 właścicieli stwierdziło, że ich ulubieńcy są dla nich najważniejsi. Prawie połowa deklarowała gotowość zapłacenia wielkich sum za opiekę nad poważnie chorym czy rannym psem – nawet, gdyby mieli się zapożyczyć.

Amerykanie wydają każdego roku 11 miliardów dolarów na produkty i usługi weterynaryjne. Poziom płatnej opieki jest zdumiewający. Zwierzętom wszczepia się rozruszniki serca, dokonuje transplantacji organów. Onkolodzy, okuliści i dentyści zapewniają pacjentom chemioterapię, usuwanie laserem katarakt oraz leczenie kanałowe zębów.

Z najnowszych osiągnięć medycyny korzysta najnowocześniejsza, chociaż ciasna placówka, będąca oddziałem intensywnej terapii przy Wyższej Szkole Weterynarii Tufts. Jest to jeden z niewielu uniwersytetów w USA, gdzie można odbyć stacjonarne studia doktoranckie z dziedziny weterynarii ze specjalizacją w leczeniu zwierząt po wypadkach i w stanach krytycznych.

Gdy przejdziemy przez podwójną parę oszklonych drzwi wejściowych na oddziale intensywnej terapii, znajdziemy się w typowej, jasnej poczekalni, gdzie mnóstwo psów, kotów, ptaków, gryzoni i gadów czeka na wizytę u specjalisty.

Leczą tu australijską papużkę, która „zaaspirowała”, czyli wciągnęła ziarenko do dróg oddechowych, legwana z bólem brzucha oraz małego szczurka z nóżką spuchniętą od ugryzienia świnki morskiej.

Odział intensywnej terapii to zatłoczona sala w kształcie podwójnej litery T. Wchodzi się do niej przez drzwi na jednym końcu. W lodówkach trzyma się lekarstwa, produkty z krwi, w innych jedzenie dla psów i kotów.

Z lewej jest długi blat, na którym leżą papiery i sfatygowane książki rejestracyjne. Pod blatem zwykle kładzie się plecaki i torby z drugim śniadaniem.

Tam, gdzie pokój tworzy drugą literę T stoją dwa stoły do badań lekarskich. Po kątach poutykane są inkubatory. Z sufitów zwisają golarki elektryczne służące do usuwania sierści przed zabiegami.

To wszystko nadzoruje trzech lekarzy weterynarii, specjalistów w dziedzinie terapii zwierząt po wypadkach i najciężej chorych. Podlegają im lekarze, którzy podczas 3-letniego stażu chcą zrobić specjalizację. Są też młodzi weterynarze odbywający roczną praktykę oraz technicy, którzy pobierają krew, czuwają nad aparaturą medyczną, podają lekarstwa oraz sprzątają klatki.

Obowiązujący wszystkich sposób ubierania się jest prosty – wkłada się to, w czym będzie wygodnie i jutro, bo dyżury zwykle się przeciągają. Oznacza to czyste niebieskie dżinsy, kurtkę z polaru i solidne buty.

Tempo pracy jest szalone. Niektórzy robią sobie notatki na rękach – to wygodniejsze niż papier.

Przed oddziałem intensywnej terapii znajduje się wykaz pacjentów. Przypadki, którymi zajmowano się danego dnia wpisuje się zmywalnym flamastrem. W rubryce „przyczyny dolegliwości” stosuje się specjalny szyfr: PPS znaczy „potrącony przez samochód”, LP – „leżący pies” to taki, który nie może wstawać (poważny stan), DPMP oznacza „Duży pies pogryzł małego psa”.

Lekarze weterynarii z izby przyjęć mają encyklopedyczną wiedzę medyczną, błyskawiczny refleks a także pewność siebie – i to dzięki połączeniu tych wyjątkowych cech mogą ratować zwierzęta. Wszyscy kochają swój zawód, wybrali go bowiem nie z chęci zysku – początkujący lekarz zarabia tu stosunkowo niewiele. Wielu weterynarzy od dziecka pragnęło ratować zwierzęta.

© Załoga Chartykasa