Weterynaria

Historia pochodzi z Readers Digest

Nic bardziej nie porusza personelu izby przyjęć niż przypadki zagrażające życiu, zwłaszcza gdy pojawia się taki pacjent jak Bailey.

Nieszczęście przydarzyło mu się zaledwie trzy dni przed Bożym Narodzeniem, gdy Kim Deary wracała z pracy do domu. Kiedy ta niebieskooka brunetka wjechała na długi podjazd zauważyła, że dwa rottweilery sąsiadów nie są uwiązane. W drzwiach przywitał ją uroczy labrador Bailey. Jak zwykle na jej widom wykonał taniec radości i pobiegł przed dom. Chwilę później Kim usłyszała zgrzyt hamulców i ryk klaksonu.

Z bijącym sercem wybiegła przed dom – zobaczyła, że na Baileya rzuciły się rottweilery. Zatapiały w nim ogromne zęby, co jakiś czas odrywały się od niego. Gdy Bailey próbował odczołgać się, znowu nań napadały. Kim pomyślała, że ich agresja jest tak przerażająca jak na filmie z życia dzikich zwierząt. Ocenia, że nim zdążyła przybyć policja, zwierzaki znęcały się na Baileyem około 15 minut. Gapie krzyczeli do policjantów, by zastrzelili rottweilery. Ale na szczęście psy wycofały się na widok mundurów.

Bailey popędził do domu. Jego przerażona pani ujrzała obdarty z przodu olbrzymi płat skóry i mięśni, tak, że klatka piersiowa była odsłonięta. Pies biegał z pokoju do pokoju, brocząc krwią.

Kim zadzwoniła natychmiast do rodziny, która pomogła jej odwieźć Baileya do weterynarza. Ten podał mu płyny, antybiotyki i środki przeciwbólowe, lecz Bailey był w takim stanie, że lekarz zalecił, by jak najprędzej przewieźć go do Tufts.

Doktor Gretchen Schoeffler nadal kręcą się łzy w oczach, gdy sobie przypomni, jak po raz pierwszy zobaczyła Baileya. Był straszliwie pokiereszowany. Uszy zwisały mu ze łba na cieniutkich skrawkach skóry. Lecz mimo bólu i obrażeń dobroduszny psiak spojrzał na nią i ku jej zdumieniu pomachał ogonem.

Doktor Schoeffler zbadała psa i wytłumaczyła jego właścicielce, jak straszliwe został poturbowany i ile wyniosą koszty leczenia. Kim nie wahała się ani chwili.

– Zrobię wszystko, by go ratować – zdecydowała.

Lekarka podała Baileyowi środki znieczulające, po czym całymi godzinami goliła go i czyściła mu rany.

– Przywodził na myśl rozsypaną układankę – wspomina. – Jedno ucho miał niemal oderwane, przyszyłam mu je mniej więcej w tym miejscu, gdzie powinno się znajdować. Gdy opuchlizna zeszła, zorientowałam się, że jest nieco wyżej niż drugie.

Zajmowała się Baileyem od wpół do dziesiątej wieczór do trzeciej rano. Wtedy odnotowała w jego karcie: „Cudem przeżył”.

Ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że wcale nie jest to jeszcze przesądzone. Pies był poważnie ranny.

– Istnieje wysokie ryzyko zakażenia. W takich przypadkach możemy czekać i nie stracić nadziei – powiada Gretchen Schoeffler.

Leżąc w klatce na intensywnej terapii, Bailey przedstawiał niesamowity widok. Ogolono go do gołej skóry od łopatek po brwi. Ciało pokrywała gęsta siatka szwów, z których wystawały żółte gumowe dreny.

W pewnej chwili Bailey stanął, lecz zaraz opadł na podłogę. Nie chciał nic jeść ani pić. Tego samego dnia, 24 grudnia, oddano go pod troskliwą opiekę doktora Ari Jurtkowitza. Podobnie jak jego  koledzy, Ari był zdumiony pogodą ducha Baileya. Choć zupełnie wycieńczony, pies miał jeszcze siłę machać ogonem.

Gdy Kim odwiedziła swego ulubieńca w Wigilię, Ari delikatnie poinformował ją o rozmiarach obrażeń psa. Jego stan może się jeszcze pogorszyć. By przyspieszyć proces gojenia, lekarz oczyścił od nowa wszystkie rany.

Kim przyszła następnego dnia. Przyniosła czekoladki, ciastka i babeczki dla personelu oraz kocie i psie przysmaki dla wszystkich pacjentów. Bailey wyglądał nieco lepiej, lecz nadal miał opuchniętą mordkę i chrapliwy oddech. Jego pani opuszczała go ze łzami w oczach.

Dzień po Bożym Narodzeniu, Bailey poczuł się lepiej, ale nie oznaczało to końca kłopotów. Dostał z kolei rytmu cwałowego serca, spuchł. Gdy zrobiono mu EKG okazało się, że zbyt słabe serce, jak na ilość podawanych mu płynów. Postanowiono więc je zmniejszyć.

Ta decyzja okazała się słuszna. 28 grudnia opuchlizna Baileya zeszła. Po raz pierwszy lekarz nabrał pewności, że zwierzak wydobrzeje. Pacjent szybko wracał do zdrowia i w sylwestra Kim miała zabrać psa do domu. I choć Ari tego dnia był wolny, przyszedł się pożegnać.

Kim przyniosła prezenty. Czekoladki dla personelu, dla doktor Schoeffler świetlisty czarodziejski pyłek i figurkę wróżki, a dla Ariego czarnego pluszowego pieska z czerwoną wstążką – wypisz wymaluj Bailey. Gdy zobaczyła psa, spytała go:

– Jedziemy na przejażdżkę?

Na dźwięk tego magicznego słowa, Bailey uniósł łeb, podał łapę pani i ruszył do drzwi. Czas wracać do domu. Zanim Kim odeszła, lekarz wręczył jej wypisane na maszynie instrukcje. Na dole kartki napisał: „Wszyscy będziemy za nim tęsknić”.

Patrzył za Kim, gdy szła z psem do wyjścia. Bailey, biegnąc truchtem, wymachiwał ogonem.

– To była najcudowniejsza chwila – kończy opowieść Ari Jurtkowitz.

© Załoga Chartykasa