Weterynaria

Historia pochodzi z Readers Digest.

Chyba najbardziej nieprzyjemny atak ze strony zwierzęcia spotkał doktora Nicha Dodmana. Popularny autor książek o zachowaniach zwierząt, często występujący w telewizji, w Tufts znany jest całkiem z innego powodu.

– Stawia mnie to w niezbyt korzystnym świetle – przyznaje z przekąsem pochodzący z Wielkiej Brytanii lekarz weterynarii i opowiada pewną historię.

Któregoś dnia przywieziono do Tufts na operację układu rozrodczego sporego pacjenta. Był to byk ważący 360 kilogramów. Podczas przygotowań łeb zwierzęcia umieszczono w dużym metalowym zacisku, by go unieruchomić. Asystujący przy zabiegu australijski weterynarz miał wbić wenflon do żyły w szyi zwierzęcia. Kiedy Dodman przypatrywał się, jak jego kolega wbija igłę, odniósł wrażenie, że nie trafiła w żyłę.

– Nie jestem pewien, czy trafiłeś – zwrócił uwagę młodemu lekarzowi.

Ten odparł, że na pewno igła jest tam, gdzie trzeba i Dodman, choć był bardziej doświadczonym lekarzem, nic nie powiedział. Skoro tamten twierdzi, że weszła, to on nie ma o czym mówić.

Byka zaprowadzono do pomieszczenia o wyściełanych ścianach, gdzie miał być uśpiony po zabiegu. Podano mu leki. Po chwili nisko zwiesił łeb, wydawało się, że jest oszołomiony.

Trwało to tylko chwilę. Nagle byk oprzytomniał i wpadł w furię. Wszyscy zamarli. W maleńkim pomieszczeniu czas się zatrzymał. Rozgniewane zwierzę zaczęło szaleć, rzucając się na boki. Wenflon wyleciał mu z szyi.

Nick Dodman natychmiast zrozumiał, że igła nie przebiła żyły, a środek rozluźniający mięśnie przesączył się tylko pod skórę byka. I coś jeszcze przyszło mu do głowy.

– To świństwo piekło – opowiada. – I to dodatkowo zdenerwowało byka. Wyskoczyłem z salki, a cała reszta z wrzaskiem wybiegła za mną, głośno zatrzaskując drzwi. Bum! Potem natychmiast zaryglowaliśmy drzwi wielką, stalową sztabą.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wtem ktoś powiedział: „Zaraz, zaraz, a gdzie jest Donnie?. „A gdzie Carl?” – zapytał ktoś inny.

Przez małe okienko zajrzeli do wewnątrz. W środku tkwili dwaj koledzy z zespołu operacyjnego.

– Wskoczyli na górę kloca do unieruchamiania zwierzęcia – opowiada Dodman, jeszcze raz przeżywając te straszne chwile. – Twarze mieli blade jak ściana. Byli przerażeni, a byk zachowywał się, jakby walczył z matadorem: bum, bum, ciągle walił w kloc. Szalał o gotów był zabić każdego, kto mu się nawinie.

Na szczęście blok operacyjny miał pełną obsadę, toteż szybko zjawił się specjalista od dzikich zwierząt. Musiał kilkakrotnie strzelić pociskami ze środkiem uspokajającym, nim byk z jękiem osunął się na ziemię.

Kiedy zwierzę zostało unieszkodliwione, Wenflon został wbity we właściwe miejsce i dopiero wtedy odbył się zabieg.

Do dziś Nick Dodman wysłuchuje docinków za to, że jako pierwszy wyskoczył z pomieszczenia.

– A co miałem robić? – pyta z udawaną irytacją.

© Załoga Chartykasa