Weterynaria

Historia pochodzi z Readers Digest.

Kiedy zrezygnować? Jak daleko można się posunąć w ratowaniu zwierzęcia? Takie wątpliwości nasuwały się w wypadku małego, pulchnego jeżozwierza, którego znaleziono nieprzytomnego w lesie. Trafił tu na ostry dyżur.

Łagodne stworzonko czekoladowej barwy leżało bez ruchu brzuchem do stołu. To bardzo zły znak. Po dokładnym badaniu okazało się, że najprawdopodobniej koła samochodu strzaskały mu nóżki. Źle funkcjonuje układ krążenia.

Ponieważ to ssak, a w dodatku bardzo chory, zawsze trzeba brać pod uwagę, że może być zarażony wścieklizną. Choć wszyscy weterynarze leczący dzikie zwierzęta są zaszczepieni przeciwko tej chorobie, szczepionki czasem zawodzą. Dziś nikt nie ryzykuje, wszyscy noszą lateksowe rękawiczki.

Lekarze kładą pod zwierzątko ogrzewający podkład i wstrzykują mu płyny. Do pyszczka wpompowują tubę brązowej pasty o wysokiej zawartości cukru i witamin. A potem nakładają na ryjek maskę tlenową w kształcie dzwonka.

Leżąc na stole, jeżozwierz wygląda niczym Przytulanka z dwoma wystającymi przednimi ząbkami i cienkimi, żółtymi kolcami, którymi upstrzone jest jego miękkie, brązowe futerko. Temperatura, która powinna wynosić 37 stopni, sięga zaledwie 32.

Weterynarze okrywają go jeszcze jedną warstwą ocieplającą, a między tylne łapki wkładają buteleczkę z gorącą wodą. Podają dożylne leki, ale stan zwierzątka jest tak zły, że Stone zaczyna się zastanawiać, czy nie należy się wycofać i uśpić stworzonko.

– To jeżozwierz. Nigdy nie zrobił nic złego – mówi ktoś ze smutkiem.

Wszyscy czują się podle, ale tę decyzję trzeba podjąć. Niebawem do wenflonu w szyi wlewa się różowy płyn służący do bezbolesnego uśpienia zwierzątka.

Czasami jest tak wiele beznadziejnych przypadków, że eutanazję stosuje się niezliczoną ilość razy. – Zawsze jednak bardzo przeżywam każde uśpienie – powiada doktor Rosemarie Borkowski.

Ta spokojna, szczupła blondyna specjalizuje w leczeniu zwierząt egzotycznych. Została pogryziona i podrapana przez więcej gatunków zwierząt, niż przeciętny weterynarz. Wiele razy stawała przed dylematem – kiedy przerwać leczenie.

Ciągle pamięta pokaleczoną sówkę amerykańską. Gdy przyniesiono ptaszka był ciężko ranny, zżerały go robaki. Sówka nie mogła unieść łebka. W klinice panował  duży ruch, a Rosemarie pracowała od rana do wieczora.

Tymczasem biedna mała sówka wciąż czekała. Jej kolej nadeszła, kiedy lekarka była już kompletnie wyczerpana. Doświadczeni technicy przekonywali Rosemarie, że żadne próby ratunku  na nic się zdadzą. Po prostu należy ptaszka uśpić.

Rose wyciągnęła z szafki odpowiedni środek, napełniła strzykawkę i podeszła do sówki.

– Już miałam go jej wstrzyknąć – wspomina – gdy zauważyłam, że ptaszek zaczął walczyć. Pomyślałam, że to stworzonko w sobie jeszcze mnóstwo życia. Potem przyszedł kolega i napomknął, że jeśli sówka wyzdrowieje i nie będzie można jej wypuścić, najprawdopodobniej znajdzie się dla niej miejsce w parku w pobliżu Tufts.

Czując, że zmęczenie nie pozwala jej trzeźwo ocenić sytuacji, Rosemarie włożyła ptaszka do klatki, wróciła do domu i położyła się spać.

Nastepnego ranka, wypoczęta, postanowiła ratować sówkę. Znieczuliła ją, oczyściła rany i usunęła robaki. Po paru dniach osłabiony ptak wreszcie podniósł łepek. Wkrótce sówka zaczęła wracać do zdrowia.

Po pewnym czasie personel przetransportował ją do Archie, innej amerykańskiej sowy, która miała tylko jedno skrzydło i na stałe mieszkała w parku. Oba ptaki natychmiast się zaprzyjaźniły.

– Mamy wspaniałe zdjęcia tych sówek wspólnie jedzących mysz – powiada Rose, która wypuściła ptaszka na swobodę.

Twierdzi, że mała sowa nauczyła ją jednej z podstawowych prawd w medycynie – by nie spieszyć się z ostateczną diagnozą.

© Załoga Chartykasa